piątek, 11 kwietnia 2014

As In the life of rain, you`re Only alive when you`re falling - czyli "Pieprzona równowaga Wszechświata"

"As In the life of rain, you`re Only alive when you`re
falling."

Tak zaczyna się jedna z piosenek mojej ulubionej kapeli (https://www.youtube.com/watch?v=IqvNyilzOKU)
Chyba uwielbiam ich nie tylko ze względów muzycznych ale przede wszystkim
lirycznych.  Wiem, że sporo na tym blogu
pisałem o padaniu i wstawaniu. To może być trochę nudne. Dziś rozmawiałem z
kolegą o „Pieprzonej równowadze Wszechświata” (PRW).  Jest jakoś tak dziwnie, że jak znajdziesz
sobie fajną kobietę to jebie Ci się w pracy. I na odwrót – w pracy awansujesz
osiągasz sukcesy ale nagle odkrywasz, że od 4 lat mieszkasz z kimś obcym. I nie
zwalajmy tego na work/life balance, który często ma wpływ na to. Abstrahując od
niego jakoś tak dziwnie się układa, że nie może być zawsze idealnie na każdej
płaszczyźnie. I paradoksalnie to chyba jest dobra rzecz. Tak, tak. PRW
przypomina nam o tym, aby zawsze być czujnym. Znam gościa, którzy przez prawie
60 lat odnosił sukcesy zawodowe. Wszystko szło gładko (dzięki sporej pomocy
jego rodziców). Aż pod koniec swojej kariery zawodowej…trafiła kosa na kamień.
I z pierwszą porażką na polu zawodowym musiał się mierzyć jako dorosły facet.

Jesteśmy genetycznie uwarunkowani aby w chwili zagrożenia
skupić się na ucieczce lub walce. Od tego jest adrenalina. Nawiązując do tytułu
tego wpisu – zastanawiałem się dziś (jadąc 180 km/h) kiedy ostatnio czułem się aż
tak żywy. Pamiętam skok na wahadle. Spadałem na czymś w rodzaju liny bungee.
Nienawidzę uczucia spadania. Ale doznałem wtedy mega zastrzyku endorfin i
adrenaliny. Chodziłem nakręcony przez kilka godzin. Inna sytuacja. Wracałem
kiedyś ze spotkania, na którym rozstałem się z naprawdę fajną dziewczyną. Myśli
miałem co najmniej mało optymistyczne i przez chwile skupiły się nie na drodze.
Zakończyło się poślizgiem. Na szczęście tylko poślizgiem a nie parkowaniem na
latarnii. I taka sytuacja uzmysłowiła mi jak wiele mam do stracenia.

Powyższe (i kilka innych zdarzeń z mojego i nie tylko mojego
życia) doprowadza mnie do konkluzji, że PWR (na które psioczę przy piwie z
przyjaciółmi) jest nam niezbędne do tego abyśmy byli czujni i uczyli się
doceniać to ile mamy. A skoro możesz przeczytać te słowa to wierz mi – masz całkiem
sporo. Co najmniej sprawny wzrok i dostęp do Internetu i komputera. Miałem może
ze dwa lata gdy PWR nie działało. Albo nie zauważałem tego. Było w miarę spoko na
kilku frontach. Ale właśnie – spoko. Brak większych trudności to też brak
radości z dobrych rzeczy. Moje ówczesne życie uważałem za takie, jakie mi się
NALEŻY. Tak powinno przecież być. Nie lubimy raczej ludzi z roszczeniową
postawą wobec świata a sami mamy takową wobec naszego życia. Ot paradoks.

Moment, w którym spadasz zmusza Cię instynktownie do tego abyś
się czegoś złapał. I to jest moment, w którym pojawia się czasem magia.
Niespodziewana pomoc od nieznajomej osoby albo jakiś zbieg okoliczności.
Rzuciła Cię panna – to dobry moment aby sobie przypomnieć o swoich pasjach.
Straciłeś robotę … ok. – otrząśniesz się i może założysz swój własny biznes
albo znajdziesz lepszą robotę. W moim życiu każda zmiana pracy lub ścieżki
kariery była mega stresem a potem wychodziła mi na dobrze i rozwijała mnie.
Chyba dziś do mnie dotarło, że PWR jest potrzebna. I chyba zaczynam ją lubić.
Może z nią jest tak jak z owocami morza… do pewnych rzeczy trzeba po prostu
dojrzeć.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Sprzężenie zwrotne


Za wikipedią: „Sprzężenie zwrotne (feedback) –
oddziaływanie sygnałów stanu końcowego (wyjściowego) procesu (systemu, układu), na
jego sygnały referencyjne (wejściowe). Polega na otrzymywaniu przez układ informacji o własnym działaniu
(o wartości wyjściowej).”

Ta definicja odnosi się chyba do fizyki. Nie pytajcie mnie – jestem humanistą. W jakimś wywiadzie
usłyszałem ostatnio o o sprzężeniu zwrotnym w relacjach międzyludzkich. I to było dla mnie olśnienie ! Sporo miałem szkoleń odnośnie rentownych relacji. Dotyczyły one głównie racji z Klientami. Obie strony mają zyskiwać. Ktoś kupuje produkt / usługę a druga strona zyskuje środki. Zacząłem odnosić to do mojego życia
osobistego. Sporo się zastanawiałem nad relacjami w których jestem i w których byłem. 
Już wiem dlaczego te relacje się skończyły. Zabrakło właśnie sprzężenia zwrotnego.

Obiecałem sobie, że nie będę
się tu wypowiadał o związkach – nie jestem w tym ekspertem. To mocno skomplikowana materia. Wiem jednak, że prawie każdy ze związków które zakończyłem charakteryzował się tym, że zabrakło tegoż sprężenia. Dwie osoby
przestały na siebie oddziaływać. Przestały sprawiać, że ich życia stawały się każdego dnia bogatsze. Znajdziesz milion poradników mówiących o tym jak znaleźć idealnego partnera. Moim zdaniem wszystkie z nich możesz sobie wsadzić głęboko w nos (albo inne ciemne miejsce) jeśli osoba, z którą dzielisz swoje dni i noce,
nie wnosi nic wartościowego w Twoje życie. To tyle co mam do powiedzenia w tej materii.

Zastanowiłem się nad swoimi najbliższymi przyjaciółmi. I wiesz co ? Każdy z nich wnosi coś w moje życie.
Nowe podejście do ludzi, nową muzykę, inne pasje i inne zainteresowania.
Niektóre stają się moimi a niektóre nie. I to właśnie jest piękne. Jesteśmy podobni ale różni. I ciągle odkrywamy coś nowego i wnosimy wzajemnie w swoje życie. Cenie ludzi, którzy wnoszą coś nowego. To jest w ludziach piękne, że czasem 2+2 da 5 a nie 4.

Praca. Jeszcze niedawno miałem prostą i lukratywną pracę. Był w tym jednak pewien mały problem. No
dobra – było ich wiele. Czegoś mi brakowało. Nie umiałem dokładnie określić czego. Dziś wiem, że chodziło o to sprzężenie. Robiłem coś ale w zamian dostawałem tylko pieniądze. Nie rozwijałem się, nie uczyłem się nowych rzeczy, nie tworzyłem czegoś nowego. Mam to szczęście, że do tej pory nie musiałem zmieniać pracy ze względów finansowych i mogę sobie pozwolić na patrzenie na wyższe poziomy piramidy potrzeb Maslowa. Gdy zmieniałem pracę to tylko dlatego, że czegoś mi brakowało. Zauważałem, że relacja stawała się jednostronna. Przestawałem
się uczyć od innych, nie rozwijałem się albo czułem się wykorzystywany …i zmieniałem to komunikując lub odchodząc (o komunikacji to powinienem i napiszę kiedyś osobną rzecz).

Kobieta (względnie facet), przyjaciele i znajomi, szefowie i współpracownicy. To są osoby, które na nas
wpływają i nas kształtują. Mam nadzieję, że ja swoim życiem, postawą i zachowaniami również na kogoś pozytywnie wpływam. To moim zdaniem jest idea wartościowych relacji. Partner biznesowy od którego możesz się uczyć i z którym się uzupełniasz. Przyjaciele, z którymi dzielisz wiele zainteresowań ale masz swoje własne obszary Kobieta, która Cię zaskakuje, wnosi w Twoje życie nowe spojrzenie, nowe pasje i pomysły. Hm… być może dziś trudno o takie osoby. Wartościowe, idące nieco pod prąd, ale ze swoimi myślami i wartościami. Być
może takie relacje są wymagające. Ale na pewno szkoda czasu na to, co Cię nie rozwija.

czwartek, 9 stycznia 2014

Life is a game of inches...

„Any given Sunday”. I ta scena…  http://www.youtube.com/watch?v=m_iKg7nutNY. 

Rozwala mnie za każdym razem. 

Niewiele znam się na sporcie a zwłaszcza na futbolu amerykańskim. Wystarczająco jednak aby kumać to, że w sporcie (tak jak i w życiu) nie zawsze wygrywa ten, który najciężej pracuje.

Czasem masz pecha a czasem masz szczęście. Dobra – nie nazywajmy tego szczęściem i pechem – różnie się po prostu układa. Czasem ktoś za mocno rzuci piłkę, albo Ty za wolno do niej podbiegniesz i stracisz szansę na gola (czy jak to się tam w ichnim futbolu nazywa). Mniejsza ze sportem. Życie to też jest „gra cali”. Czasem musisz być w dobrym miejscu i w dobrym czasie.

 Znacie historie ludzi, którzy „są dla siebie stworzeni”, ale nie mogą się złapać w odpowiednim momencie życia ? Ja znam kilka takich. Mijają się dosłownie o cal. Raz gdy on się odważy już powiedzieć co do niej czuje to ona się schodzi ze swoim ex. Albo inaczej – ona go kocha i boi się mu to powiedzieć i okazać. A on nagle dostaje stypendium w USA i wylatuje. Może gdyby wylatywał tydzień później to by nie poleciał i „żyliby długo i szczęśliwie”. Można by to nazwać życiowym faulem. Coś się po prostu czasem dzieje za szybko albo za późno.

Sam doświadczyłem ostatnio takiej sytuacji zawodowo. Gdyby jedna rzecz zadziała się nieco później – moje życie wyglądałoby wiele inaczej. To skutki. A przyczyna – prozaiczna. Wystarczyło dołożyć „jeden cal” zaangażowania więcej. W odpowiednim momencie zrobić jedną mała i prostą rzecz. No cóż. Nie zrobiłem tego. Piłka poszybowała gdzie indziej a ja ustawiam się na innej pozycji. Czas na szybką kontrę. Z drugiej strony to dobrze – znowu mogę zawodowo „walczyć o każdy cal”.

 Za bardzo ogólnikowo ? Okej – inny temat.
W 2002 roku miałem wypadek samochodowy. Z mojej winy. Było czerwone a ja ruszyłem. Gdybym wcisnął pedał gazu tylko ciut mocniej to auto przejechałoby pewnie 1 metr więcej w tym samym czasie. Rozpędzona Lancia uderzyłaby nie w przód mojego auta, ale w boczne drzwi od strony pasażera. Na tym miejscu siedziała moja mama. Life is a game of inches. 

Jeżdżąc sporo po kraju (swego czasu jakieś 40.000 km rocznie) wiele razy na drodze miałem sytuację gdy brakowało tego cala do zahaczenia o TIRa, który nagle postanowił zmienić pas. W najbardziej optymistycznym wypadku – miałbym zarysowane auto. W najmniej optymistycznym – nie byłbym w stanie Cię zanudzać tym wpisem.

Oglądałem ostatnio serial „House of Cards”. Pewien polityk – Peter Russo – dzięki kobiecie i jasnemu celowi w życiu (kandyduje na ważny urząd) wygrzebał się z alkoholizmu i narkomanii. Wystarczył jeden moment na przyjęciu – jedna podstawiona prostytutka, która go uwiodła i wrócił do nałogu. Jedna szalona noc. Krótka przyjemność a potem konsekwencje – kompromitacja w wywiadzie radiowym, zaprzepaszczenie kariery politycznej, rozstanie z kobietą, utrata szacunku w oczach dzieci i tak dalej. A to był jeden cal. Wystarczyłoby gdyby olał zaloty prostytutki a byłby może gubernatorem, ze szczęśliwą rodziną. Jeden cal – jedna chwila i jedna prozaiczna decyzja – „co jej odpowiedzieć?” Przecież jeden niewinny flirt z dziewczyną poznaną w barze nie zniszczy mi kariery politycznej. Faul.

Kto wie jak często z pozoru niewinna decyzja może zaważyć na naszym życiu. Być może na moim życiu zaważyło to, w którym przedziale w pociągu usiadłem gdy jechałem na obóz integracyjny przed pierwszym rokiem studiów. Albo to, którą ofertę systemu informatycznego wybrałem w mojej pierwszej firmie. Chwilę po bankructwie tej firmy – zacząłem pracować w firmie, która zrobiła mi ten system informatyczny. Z drugiej strony. Pewnie gdybym nie poszedł na jedną konkretną imprezę konkretnego dnia (a naprawdę nie chciało mi się wtedy ruszać z domu) to finalnie nie utopiłbym kilkunastu tysięcy złotych w bezsensownym projekcie.

Czasem patrzymy na swoje życie i widzimy wielki projekt. Rodzina, kariera, pasje. Jak to wszystko ogarnąć. Jak ułożyć ? Toż to wielokilometrowa trasa. Skoro „każda podróż zaczyna się od zrobienia pierwszego kroku” to tutaj wystarczy pamiętać dokąd się idzie i ruszyć. Wystarczy pierwszy krok.

Każdy kwiatek dla Twojej ukochanej to taki „cal” do wielokilometrowej trasy jaką jest udane życie.
Każdy wykonany telefon do Klienta to „cal” bliżej do zbudowania Twojego biznesu. Każde pójście na siłownię to „cal” (niekoniecznie cal mniej w pasie:P) do Twojej pasji.

Każda bezsensowna awantura to cal do tyłu. Każde zaniedbanie sprawy Klienta też. To działa w obie strony. Margines błędu jest mały.

Suma tych cali robi różnicę. Wiem, że to robi wrażenie psedudomotywacyjnego bullshitu. Być może. Ale wiem jedno. 
Tony D`Amato powiedział :
„We're in hell right now gentlemen. Believe me. And we can stay here, get the shit kicked out of us, or we can fight our way back into the light. We can climb outta hell... one inch at a time."

Byłem w takim „piekle”. I też miałem dwa wyjścia. Wybrałem wygrzebywanie się. Cal po calu, krok po kroku. Wiesz czego się nauczyłem ? Że tak jak cal po calu możesz się wygrzebać z bagna, tak samo musisz uważać na każdy „cal” swojego działania (zawodowo, prywatnie) aby się w nie znowu nie wciągnąć. 

Staram się mieć w głowie, że „The inches we need are everywhere around us. They're in every break of the game, every minute, every second”. 
Jestem tylko człowiekiem, więc zdarza mi się o nich zapomnieć. Powiedzieć coś głupiego ważnej dla mnie osobie, zapomnieć coś załatwić dla Klienta czy nie ruszyć swojego tyłka na siłownię. Ważne by na koniec dnia suma tych cali robiła różnicę. Inch by inch. % by % - everyday.

poniedziałek, 21 października 2013

O ostrzeniu umysłu raz jeszcze – czyli jak czytać więcej

W lutym napisałem o czytaniu (http://365razy1procent.blogspot.com/2013/02/umys-potrzebuje-ksiazek-podobnie-jak.html). Od czasu tego wpisu minęło trochę czasu a ja przerobiłem sporo interesujących lektur. Dziś kilka refleksji na temat przyswajania tekstów. Przyswajania bo coraz mniej czytam a coraz więcej słucham. Zawsze byłem i jeszcze przez długi czas będę zwolennikiem książki w jej tradycyjnej formie.

Zwłaszcza teraz, jesienią, nie ma chyba nic lepszego niż ciepły koc, kubek dobrej herbaty i porządna książka. Właśnie wróciłem do mojej ulubionych książek z dzieciństwa (no dobra – z młodości) – do sagi Franka Herberta „Diuna”. Zacząłem czytać pięknie wydaną edycję, którą dostałem w prezencie na urodziny. Problem pojawia się wtedy gdy książka wciąga na maxa (jak w tym wypadku)… i tu świetny jest audiobook. Kiedyś nie byłem do nich przekonany, bo samodzielnie czytam o wiele szybciej niż czyta lektor. Diunę mam w trzech wersjach. Tradycyjna książka, e-book w PDF-ie oraz audiobooka. Cudownie jest móc obcować z książką prawie non stop. Rano czytam książkę papierowo, wsiadam w auto i odpalam audiobooka. Do wersji na PDFie ciężko mi się przekonać. Raz gdy byłem chory przeczytałem jedną książkę na ipadzie. Do plusów czytania na ipadzie zaliczam na pewno lekkość (saga o Diunie to kilka tysięcy stron;P), ale oczy się męczą szybko od takiego czytania. Pewnie na czytnikach typu Kindle obraz mniej męczy oczy, ale nie chce mi się kupować kolejnego gadżetu, kolejnej ładowarki … Czytanie na ipadzie to ostateczność, ale tylko jeśli chodzi o długie teksty.

Jakiś czas temu odkryłem aplikację na ipada (oraz telefon) – Pocket (wcześniej nazywała się Read it Later). Instalujesz ją sobie jako aplikację na telefonie (tablecie) oraz jako wtyczkę do przeglądarki. W ciągu dnia podczas wędrówek w Internecie trafiasz na masę ciekawych arytukłów. Wystarczy kliknąć w przeglądarce przycisk „read it later” a tekst dodaje się w odchudzonej (bez reklam i czasem bez obrazków) wersji dostępny na komórce. Gdy wiem, że mam kilka minut czekania na spotkanie, albo gdy jadę autobusem to odpalam sobie tą aplikację i czytam teksty, które na mnie spokojnie czekają. Do czytania dłuższych tekstów na ekranie komputera polecam Evernote Clearly (http://evernote.com/intl/pl/clearly/) – też działa na zasadzie wtyczki do przeglądarki. Jeden klik i możesz ustawić sobie wielkość czcionki, kontrast i pozbyć się przeskadzaczy ze strony. Często z tego korzystam, gdy czytam teksty potrzebne mi w pracy.

Wracając do audiobooków. Coraz więcej sklepów oferuje je w przystępnych cenach, dzięki czemu nie trzeba szperać na Chomiku czy Torrentach. Dla mnie audiobooki są świetne do słuchania tekstów, które już kiedyś słyszałem lub „nieobciążających intelektualnie”. Mój samochód ma funkcję „timer” – dzięki niej, dowiedziałem się, że w aucie spędzam średnio 8 godzin tygodniowo (a dojeżdżam tylko do pracy, siłownii i do domu – czasem na jakieś spotkanie na mieście). To pełny dzień pracy. 600 stron „Diuny” to około 24 godzin audiobooka. Gdybym słuchał jej tylko w aucie przerobiłbym ją w 3 tygodnie. Wśród naszych rodaków spada czytelnictwo. A wystarczy jeden tydzień w aucie aby przerobić książkę standardowej objętości. W ciągu roku to ponad 50 książek.

Największa wada audiobooków czy innych elektrocznicnych książek to brak możliwości zaznaczania ulubionych fragmentów. Mam kilka takich książek, które są pełne podkreśleń, gwiazdek i wykrzykników. Pewnych książek nie wypada po prostu czytać w trakcie stania w korku czy przy szorowaniu muszli klozetowej (choć pewne akurat do tego ostatniego się nadają:P). Santorski, Jung, czy Caroll wymagają ciszy, skupienia i przygotowanego ołówka.

Jeszcze jednym minusem audiobooka jest brak „zakładek” – pauzuje odtwarzacz, przechodzę do słuchania muzyki, i gdy chcę wrócić do książki to tracę kilka chwil na znalezienie fragmentu, na którym skończyłem.

Przy okazji obecnego czytania „Diuny” zupełnie przypadkowo wpadłem na sposób czytanio-słuchania książki – trochę papierowo a trochę audio i dzięki temu w 10 dni przerobiłem już 3 z 6 tomów (około 1000 stron). Od dziś już chyba każdą interesującą pozycję będę w ten sposób „pochłaniał”.

Reasumująć - jeśli myślisz, że masz za mało czasu na czytanie... jak zwykle jest to kwestia priorytetów i zaplanowania sobie tego czasu :)

Ja dalej trzymam się tego, aby raz w tygodniu znaleźć godzinę lub dwie na spokojne czytanie papierowej książki. Do tego audiobook na siłownię lub do samochodu. A na krótkie chwile bezczynności - artykuły czy felietony z internetu do czytania na ipadzie / telefonie.

niedziela, 4 sierpnia 2013

„It`s all about living your dream, not dreaming your life”…czyli rzecz o największym kłamstwie świata.

Mój przyjaciel ostatnio powiedział mi, „wiesz – zazdroszczę Ci tego Twojego apetytu na życie”. A moi rodzice często powtarzali mi „jeszcze będziesz miał na to czas”, gdy chodziło o coś innego niż nauka. No dobra – nie robię z nich tyranów. Rozumiem, w jakich czasach żyli i czego chcieli (chcą) dla mnie. Pewnie jak większość rodziców – tego co najlepsze dla swoich dzieci. Zawodowo uczę ludzi oszczędzania i inwestowania (i parędziesiąt innych rzeczyJ). To bardzo słuszne i odpowiedzialne – odłożyć coś sobie na „gorsze czasy”, które mogą nadejść. Odsyłam Cię Czytelniku do badania z dzieciakami i cukierkami, przeprowadzonego przez W.Mischela w 1972 roku na Uniwersytecie Stanforda.  W badaniu brała udział pewna ilość 4-6 latków, którym dano cukierka. Jeśli nie zjadły go przez jakiś czas – to dostawały drugiego. Jak zjadły go od razu – nie dostawały nic więcej (to tak w dużym skrócie – w Internecie znajdziesz opis badania)

Wyszło z niego m.in. to, że dzieci, które umiały poczekać na „odłożoną gratyfikację” – zyskiwały więcej (dwa razy tyle cukierków). Na tym nie koniec. Po 20-tu latach odnaleziono uczestników badania i wyszło na to, że zdecydowana większość dzieciaków, które nie zjadły od razu cukierka w trakcie badania, radzi sobie lepiej w dorosłym życiu, niż te, które od razu spałaszowały łakocie.

Wszystko pięknie. Wychodzi na to, że trzeba ciężko pracować i odkładać przyjemności na potem. Mocno protestanckie. W końcu – „masz jeszcze na to czas”.

To może podam kilka przykładów z mojego życia:

- Paulina lat 23 – chora na stwardnienie rozsiane
- Karolina lat 41 – praca, praca, praca… w końcu znalazła faceta, z którym chciałaby mieć dziecko. Ciągle wydawało jej się, że ma jeszcze czas… szkoda, że już nie może mieć dzieci
- Kamil – zmarł tragicznie w wieku 24 lat zostawiając dziewczynę i dziecko…
- Derihon – kurcze – przegadałem z nim wiele wieczorów w klubie, w którym kiedyś byłem meblem, a nawet nie pamiętam jego imienia. Też zmarł tragicznie.
- moja ciocia Renee – 45 lat – aktywna matka 3 dzieci – stwardnienie rozsiane przykuło ją do wózka

To tylko kilka przypadków. Ostatnio mój Klient – kardiochirurg opowiadał mi, jak się zmienia świat. Ilu trzydziestolatków trafia do niego z zawałem serca. Wyścig szczurów wykańcza. Raz na rok wywalczony tygodniowy urlop, deadline, ciśnienie, stres, kawa,fajek, kreska i w piątek imprezka. A życie mija.

Wmawianie sobie „będę miał jeszcze na to czas” jest oszukiwaniem samego siebie. Skąd wiesz ile tego czasujeszcze Ci pozostało ? No nie wiesz… uświadamiasz to sobie, gdy kogoś, obok Ciebie trafi jakieś paskudztwo. Pozostaje wtedy tylko powiedzieć „był taki młody – miał jeszcze całe życie przed sobą…” Sam tego nie doceniałem przez kilka lat i zapierniczałem jak głupi w swoim własnym kołowrotku. Gdy koledzy imprezowali, wyjeżdżali z dziewczynami i czerpali pełnię studenckiego życia ja zakuwałem, zakładałem fundacje, firmę  i robiłem różne projekty.

Oczywiście przyniosło mi to dobre efekty – fakt. Osiągnąłem jakąś tam pozycję, jakiś tam status i teoretycznie nie powinienem narzekać. A jednak, zdaję sobie sprawę ile na  to poświeciłem, ilu rzeczy nie przeżyłem oraz wiem, że pewnych rzeczy nigdy nie nadrobię. A może nadrobię ?

Sam nie wiem. Na poziomie intelektualnym – wiem, że nie nadrobię. Za to na poziomie emocjonalnym, wspomniany na początku „apetyt na życie” – pcha dalej po jeszcze więcej endorfin. Być może moje życie (być może Twoje też) to takie wahadło, które przechyla się w różne strony – od pracoholizmu po „chciwość życia” i szuka swojego punktu równowagi. Gdybym wiedział ile mi jeszcze czasu zostało to łatwiej byłoby go odnaleźć. Póki tego nie wiem (a szanse na to, że się dowiem są malutkie) to nie uwierzę w „masz jeszcze na to czas”. Jeśli możesz coś teraz zrobić – spełnić swoje marzenie, odważyć się na szczere słowa, być w pełni sobą (ze wszystkimi tego konsekwencjami). Just do it. Ostatnie kilkanaście miesięcy to ciągła jazda na endorfinowym haju, przeplatana strzałami od życia. Ciężko pracuje a następnie spełniam swoje marzenia (może nie tylko swoje ?), ale nie zapominam o tym, co może (i mam nadzieję, że jest) być jeszcze przede mną…

Odkładam na emeryture, mam polisę na życie, szanuję swoją pracę …ale nie zapominam o Paulinie, Karolinie, Kamilu oraz o paru sytuacjach, gdy życie prawie mignęło mi przed oczyma. W takich chwilach uświadamiam sobie, że „masz jeszcze na to czas” to jedno z największych kłamstw świata.
Ponoć 70% czasu nasze umysły spędzają na analizowaniem zdarzeń z przeszłości lub wyobrażaniem sobie tego, jak chcemy aby wyglądało nasze życie w przyszłości. Kilka miesięcy usłyszałem takie powiedzenie – „It`s all about living your dream – not dreaming your life”… bardzo mi się spodobało. I staram się je realizować...póki jest jeszcze na to czas :)

wtorek, 23 lipca 2013

Chwilunia ...

„That's why we seize the moment try to freeze it and own it, squeeze it and hold it Cause we consider these minutes golden And maybe they'll admit it when we're gone Just let our spirits live on”

Eminem -"Sing for the Moment" - http://www.youtube.com/watch?v=D4hAVemuQXY

Chwila, chwilunia, chwiluńka. To z nich składa się nasz każdy dzień, tydzień, miesiąc rok. Ostatnio mam z koleżanką z pracy takie dziwne przemyślenia, że z wiekiem dni mijają coraz szybciej. Piszę to ze swojej perspektywy – 30-letniego faceta o dosyć intensywnym trybie życia. W ciągu ostatnich dwóch lat przeżyłem chyba więcej niż przez poprzednie 28…albo tylko tak mi się wydaje, bo intensywniej to odczuwam. Jak byłem młodszy i patrzyłem na życie mojej siostry ciotecznej (starsza ode mnie o 11 lat) to uważałem, że 30-latkowie to już przeważnie poukładani ludzie z rodzinami, stabilną pracą i nudnym przewidywalnym życiem. Dziś jestem w  tym miejscu i zdecydowanie coś mi tu nie pasuje. Może obracam się w dziwnych kręgach, ale mało znam osób, których życie wygląda tak, jak wyobrażałem sobie 30-latków dekadę temu.

Mniejsza z tym. Pewna dziewczyna ze wschodu zwróciła mi ostatnio uwagę na pewien fakt. Patrzymy na świat z perspektywy „mam dopiero XX lat – mam jeszcze na to czas”. Halo ! Tu ziemia ! Masz XX lat, ale nie wiesz ile będziesz żył. Wedle danych GUS z 2012 roku Polacy żyją średnio 72,4 a Polki 80,9 lat. Statystycznie przeżyłem już 40% swojego czasu na ziemi. Zostało mi około 40 lat. A kto wie czy jutro się obudzę. Czy dojadę jutro szczęśliwie do pracy i wrócę z niej do domu? Lubimy zakładać, że będziemy żyli długo i szczęśliwie a wszystkie nieszczęścia nas ominą (sprzedawałem trochę ubezpieczeń na życie – wielu z moich niedoszłych Klientów ma przeświadczenie, że są nieśmiertelni:) 

Ta moja znajoma wychodzi z założenia – „zostało mi tylko 45 lat życia – muszę się nim nacieszyć teraz”.  Przyznam szczerze, że byłem trochę zdziwiony takim podejściem – pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Fajnie, bo się kobieta realizuje – spełnia swoje marzenia, realizuje pasje i dużo podróżuje.  Ja od pewnego momentu jestem takim „narkomanem życia”. Staram się z niego wycisnąć ile wlezie – tu i teraz. Te chwile, chwilunie – każdego dnia jest wiele świetnych. Uruchamiamy czasem naszego „automatycznego pilota” i zapominamy o tym jak to fajnie jest stać w korku do pracy. Jechać własnym autem do pracy. W kraju, gdzie co dziesiąty rodak nie ma pracy a samochód (zwłaszcza dobry  - a takimi raczej jeżdżą czytelnicy tego Bloga) kosztuje kilkanaście do kilkudziesięciu (o tych ponad 100 nie wspominam) tysięcy złotych.  Dla przypomnienia – średnia krajowa to ponad 3,500 zł. Średnia – nie mediana…

Ponoć Robert Korzeniowski spytany kiedyś o to, jak jest w stanie przejść 50km. Odpowiedział coś w stylu, że nie myśli o tym, że to jest 50 km. To po prostu 5, potem kolejne 5 i tak jeszcze kilka razy. Nie chce mi się teraz szukać konkretnego cytatu. Z jednej strony zapominamy czasem o fajnych chwilach w naszym życiu (niedoceniamy tych przepięknych 100 metrów naszej wędrówki) a z drugiej strony staramy się czasem wyobrazić sobie cała, pięćdziesięciokilometrową, trasę przed nami. Jeszcze parę lat temu miałem w głowie  taki plan na swoje życie – „roadmap”. Tu praca, tu żona, potem dziecko albo dwoje, domek, emeryturka etc. I gdy tak sobie o tym myślałem – to się bałem – „jak ja to wszystko ogarnę”.

Od pewnego czasu jestem jak wahadło – wychylam się na drugą stronę aby sprawdzić, w jakim położeniu czuje się komfortowo. Zamiast analizować, rozkładać wszystko na czynniki pierwsze i planować długoterminowo bawię się chwilą. Taki moment zatrzymania się, odepchnięcia wszystkiego od siebie co nas martwi i skoncentrowaniu się na tu i teraz. Wiesz drogi Czytelniku, jak fajnie jest być na koncercie swojej ulubionej kapeli, czuć w trzewiach dudnienie basu, w nosie zapach błota, potu i alkoholu a w uszach dźwięki ulubionych piosenek ? W takich momentach nie chcę myśleć o zaległych raportach czy problemach z ludźmi w moim życiu. To są takie momenty do „zamrożenia” i zapamiętania. Fajnie się czasem zatrzymać na moście i podziwiać zachód słońca nad wodą. Fajnie jest złapać  taką chwile i się nią nacieszyć, nie bacząc na konsekwencję. Ostatnio zatrzymałem się gdzieś na trasie aby podziwiać widoki. Teoretycznie mogłem mieć z tego niemiłe konsekwencję w postaci mandatu za postój w niedozwolonym miejscu. W danej chwili – nie miało to znaczenia. Skoro było dobrze, to po co się martwić konsekwencjami. W ciągu ostatnich kilku tygodni miałem wiele takich sytuacji gdy poddałem się chwili aby zobaczyć – co się stanie. Mój kolega ma taki tekst – „chodź do baru na kolejkę – zobaczmy co się stanie”. Często działa :)

Zauważyłem, że jak czasem odpuszczę zastanawianie się nad wszystkimi możliwymi scenariuszami rozwoju sytuacji i pozwolę sobie na popłynięcie razem z falą,  to wychodzi mi z tego bardzo fajny ślizg. Czasem oczywiście roztrzaskam się o skały i opiję słonej wody. A potem już tylko dwie opcje – „sink or swim”. Skoro jeszcze do Was piszę, to znaczy, że pływam :)

Ja oczywiście mógłbym jeszcze jakieś anegdotki przytoczyć lub kilka przykładów z życia mojego lub moich znajomych, ale aby Was nie zanudzać będę dążył do konkluzji.

Fajnie jest żyć chwilą. Złapać ją, i wycisnąć z niej ile się da. Z drugiej strony –„łapanie chwil” męczy i uzależnia. Ahh…ale ten zastrzyk adrenaliny i głos w głowie „co się za chwilę wydarzy” i to przyśpieszone bicie serca…
Z drugiej strony – komfortowo jest też wiedzieć dokąd się idzie i jaki ma się plan na siebie. Znaleźć odrobinę przyjemności w swojej codziennej rutynie. Nie pozwolić aby jakąś chwila przyjemności zrujnowała to, co mozolnie budujemy od lat.

Przecież nie mówiłem, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie. Cała trudność to wypośrodkować to „wahadło” w dobrym momencie. Wiedzieć, aby gdy dajemy ponieść się chwili, jakie mogą być tego konsekwencje. Zdawać sobie również sprawę z tego, że w codzienności jest masa chwil wartych zapamiętania i docenienia. Dziś miałem fajny dzień. Kolejny do kolekcji. Wiem, że nie wiem ile ich jeszcze przede mną. Dlatego biorę kieliszek z winem, odpalam dobrą płytę i idę podziwiać pełnię księżyca. Kiedy Ty ostatnio miałeś/miałaś chwilę na to, aby zrobić coś podobnego ?

środa, 12 czerwca 2013

We are a liitle broken & that`s okay…

Kojarzycie takie obrazki „We are a liitle broken & that`s okay…”? jeśli nie, to przed chwilą wrzuciłem na walla. Są takie momenty gdy masz ochotę powiedzieć „nie jest kurwa okej”. Albo parafrazując klasyka filmowego „jest zajebiście daleko od okej”.

No dobra – dziś mam chyba taki dziwny dzień. Za dużo się ostatnio dzieje. Zarówno tych dobrych i świetnych rzeczy jak i tych totalnie skurwiałych, od których bierze mnie obrzydzenie do ludzi.

Często pisałem tutaj, że trzeba koncentrować się na swoich mocnych stronach i je rozwijać. To bardzo mądra i słuszna strategia. Niemniej każdego z nas czasem dopadają w życiu te momenty i sytuacje gdy musimy się zmierzyć z naszymi słabymi stronami. Czasem dwa jednego dnia…albo cztery w tygodniu. Nie napiszę o co konkretnie chodzi – nie będę tu uprawiał aż takiego eksihibcjonizmu;) Pozostańmy na tym poziomie ogólności.
Życie to trochę taki RPG – rozwijasz swoje drzewko umiejętności i w miarę możliwości wybierasz te „questy”, w których jesteś dobry. Ostatnio właściwie takie dostawałem i zdobyłem sporo „experience points”. To daje kopa. Człowiek czuje, że żyje. Robić to, w czym się jest dobrym i spijać z tego profity. Fajnie. Pięknie. A potem znowu trzeba się zmierzyć ze swoimi „obszarami do rozwoju” (trenerzy mawiają tak na „słabe strony”:))

. Okazuje się, że brak pewnych zdolności może być dokuczający na tyle, że nie rekompensują ich mocno rozbudowane „mocne strony”.  Siedzę sobie, pije whisky, piszę tą notkę i bardzo chciałbym dać sobie i Wam jakąś mądrą radę … z cyklu  tych życiowych. I wiecie co ?  Jedyne, co do mnie trafia to ten obrazek, od którego zacząłem wpis. Trzeba się pogodzić z tymi „broken parts” i próbować, próbować, próbować. Być może dziś nie mam na to siły, ale znajdę ją jutro albo pojutrze. Na razie musi starczyć „that`s okay”.

Dobra – konkluzja – przecież ona zawsze jest w moich tekstach, więc i dziś bez niej nie skończę. Masz drogi czytelniku możliwość odnalezienia swoich mocnych i słabych stron – zrób to ASAP. To bardzo przydatna wiedza. A jak mawiają „wiedza zastosowana w praktyce, to potęga”. Gdy już wiesz w czym jesteś dobry, to to rób. „Do it for Money Or for free – never for cheap”. A gdy wiesz w czym jesteś słaby… no cóż… jeśli się nie da uniknąć zderzania się z tymi  obszarami życia – to przyjmuj ciosy na klatę i idź dalej.

Wbrew wyidealizowanemu obrazowi świata, który nam serwujemy – każdy z nas ma prawo do bycia czasem słabeuszem w pewnych obszarach. I wierz mi lub nie, ale trzeba mieć naprawdę duże cojones aby się do tego przyznać. Hm… a wiesz, że przyznanie się do tego, jest pierwszym krokiem do … zmiany. Choćby drobnej i długotrwałej, ale jednak zmiany.

P.S. – spodziewałem się, że będzie to moja najbardziej pesymistyczna notka na tym blogu … a znowu wyszło inaczej ;)