poniedziałek, 23 marca 2015

RWD - czyli Ratuj Własną Dupę

Przeczytałem kiedyś książkę "Mężczyźni kochają zołzy". W myśl zasady "znaj swojego wroga" :P
Z mojego punktu widzenia była ona pełna bullshitu dla niepewnych siebie kobiet, ale jedna rzecz utkwiła mi w pamięci (może mam babską płeć mózgu). Szło to mniej więcej tak:

"Pamiętaj, że przed "dwa" zawsze jest "jeden". Nie jestem w stanie przytoczyć cytatu, ale jakoś tak to szło. Nas facetów też się to tyczy. Tata mi powiedział kiedyś, że w życiu przychodzą takie momenty, gdy trzeba zastosować zasadę RWD czyli "Ratuj Własną Dupę". To brzmi cholernie egoistycznie, czyż nie? To takie niepopularne - zadbaj o siebie. Heh... a jak mam zadbać o kogoś innego, jeśli nie umiem zadbać o siebie samego?

Pamiętacie te poradniki "związkowe" - "nie wymagaj aby ktoś Cię pokochał, póki nie pokochasz siebie sama" i inne rzeczy w ten deseń. Coś w tym jest. Tak, jak nie pomożesz komuś w materii, w której sam nie masz doświadczenia. Trzeba znać dany stan, być w danej (albo bardzo podobnej) sytuacji, aby móc się sensownie wypowiedzieć i zachować. I tak, jak zbawianie świata należy zacząć od siebie tak i pomoc innym należy zacząć z dokładnie tego samego miejsca. Czasem ilość syfu, który wrzucają na nas (niekoniecznie świadomie) nasi bliscy (rodzina, przyjaciele, partnerka) jest na tyle przytłaczająca, że trzeba zastosować strategię RWD i wrócić do swojego stanu równowagi. Eh... straciłem wątek ... Po prostu zastanów się, czy dana sytuacja jest dobra dla Ciebie. Czy jest w niej sprzężenie zwrotne (pisałem kiedyś o tym). Czy nie jest tak, że po długim okresie dawania z siebie następuje moment, w którym Tobie powinien w końcu ktoś dać coś z siebie. Moment, w którym musisz zadbać o siebie samego. Czytam sobie to, co napisałem i dochodzę do wniosku, że to strasznie egoistyczne jest ...ale czasem trzeba być egoistą by mieć siły być altruistą.

środa, 4 marca 2015

Poke The Comfort Zone

Ten tekst przeleżał u mnie na dysku prawie 2 lata i teraz mi się przypomniał, więc leci:

Wygodny fotel, osiemnastoletnia whisky w szklance, w głośnikach leci Gojira (płyta „L'Enfant Sauvage”). Czuje się co najmniej komfortowo.

Właśnie wróciłem z konferencji/eventu/show/spektaklu/forum idei * (wybierz sobie, która nazwa Ci najlepiej pasuje) TEDxWarsaw2013 i powinienem robić jakieś tabelki na jutrzejsze zebranie z dyrektorami w pracy … ale co tam… mam flow/

Hasłem przewodnim tegorocznej edycji było „Poke the Comfort Zone”. Można to dosyć nieudolnie przetłumaczyć „Szturchnij swoją strefę komfortu”. O niej dziś będzie.

Cofnijmy się do drugiej połowy 2009 roku. Scenka dzieje się w pewnej firmie doradztwa finansowego.

Aktorzy – prezes firmy, mój bezpośredni przełożony, i trzech młodszych managerów – w tym ja. Dostaję cotygodniowy „OPR” nie pamiętam już za co. Prezes się mnie pyta

- czemu nie robisz XXX (nie pamiętam o co dokładnie chodziło – albo o zamykanie sprzedaży na pierwszym spotkaniu albo o branie rekomendacji… a może o jedno i drugie).

- bo to wymagałoby przeze mnie wyjścia z mojej strefy komfortu – odpowiedziałem.

Zapadła krępująca cisza. Wiecie – taka z kategorii „aż sąsiad za ścianą przestał przeżuwać kotleta i czeka w napięciu na rozwój wydarzeń”.

Moi współpracownicy ryknęli śmiechem. No i do końca mojej pracy w tej firmie mieli ze mnie używanie … czy „nie naruszają mojej strefy komfortu”. Albo mówili wprost i dostanie – wyjdź ze swojej strefy komfortu.

Sounds familiar ? Tobie też to ktoś pewnie sugerował, mówił, wykrzyczał. Ba – sam czasem mówię to ludziom, na których mi zależy (BTW – szacuneczek dla mojej „sister”, która ostatnio zrobiła duży krok poza swoją „strefę komfortu).

No ale czemu mówi się wyjdź poza ? Wpisz w google „strefa komfortu”. Najczęstsze czasowniki to „wyjdź”, „opuść”, „rozerwij”

 Ja widzę ten proces nieco inaczej. Nazywam go „poszerzaniem”.

Kwiecień 2010 roku. Jestem pierwszy raz na spotkaniu BNI. Trzeba wstać, przedstawić się i zareklamować w przeciągu 30 sekund gronu około 30 innych osób, w tym 4 moich konkurentów. Wstaję. Moje dłonie naśladują sejsmograf podczas trzęsienia ziemi na uskoku San Andreas. W buzi Sahara, a gardło ściśnięte niewidzialnym imadłem. Przecież ja nienawidzę się wyróżniać i przemawiać publicznie. Ta sytuacja była, parafrazując klasyka, zajebiście daleko od mojej strefy komfortu. Niemniej przystąpiłem do BNI. Swego czasu miałem ponoć najlepsze prezentacje 60 sekundowe (członkowie mają 2 x więcej czasu), a z czasem sam zacząłem prowadzić te spotkania. Kiedyś nie byłem w stanie wyobrazić sobie przemawiania publicznie przez 60 sekund. Teraz, co tydzień robię to przez prawie 1,5h. Co więcej… lubię to. A sądząc po niskiej liczbie uczestników, którzy przysypiają lub zajmują się grą w sapera – idzie mi to co najmniej dobrze.

Rzecz kiedyś niewyobrażalna (leżąca poza strefą komfortu) stała się naturalna. Gdybym przez ostatnie 3 lata przebywał poza strefą komfortu musiałbym jechać na jointach, Prozacu zapijanym whisky i byłbym idealnym Klientem przemysłu farmakologicznego i świrologicznego. Ot moja strefa komfortu się poszerzyła. Na początku było … dziwnie. To trochę tak jak kupujesz nowe buty. Na początku uwierają. Z czasem się „rozchodzą”. Wydaje mi się, że cała sztuka to wiedzieć które buty do Ciebie pasują. Jeśli po 3 tygodniach dalej masz odciski to warto je sobie odpuścić. Niemniej jeśli po 1 dniu uwierają … to za wcześnie by odpuszczać. Warto mieć przy sobie „stylistę”, który powie – jest Ci w nich naprawdę świetnie – pochodź w nich jeszcze chwilę a zobaczysz. Ha … właśnie mi się przypomniało jak mnie Jarek namówił na Mokasyny. Powiedział – „zobaczysz – to będą Twoje ulubione buty”. Uśmiechnąłem się do niego z politowaniem, ale zaufałem mu i poszedłem do kasy i je kupiłem. Po tygodniu przyznałem mu rację. I to są moje ulubione buty. Koniec dygresji. Co chcę powiedzieć.

Mało kto idzie na wyprawę w nieznane sam. Nawet gość, który dziś opowiadał o wyprawie kajakiem w dół Wisły miał „zaplecze” swojego teamu. Ja w BNI mam takie zaplecze życzliwych ludzi. Wielu takich, którzy też niekoniecznie lubili występować publicznie i zagadywać obcych ludzi. Wszystko jest kwestią odpowiedniej osoby.

Nie umiem śpiewać. Wiem o tym ja, siostra zakonna z chóru kościelnego w którym kiedyś śpiewałem (albo to był czysty przypadek, że zawsze stałem daleko od mikrofonu) i kilkoro moich przyjaciół. Gdybym miał dziś wyjść na scenę przed tłum ludzi i coś zaśpiewać. Pewnie spaliłbym się ze wstydu (pomijam kontekst karaoke, gdzie jest alkohol i większe przyzwolenie na tego typu „wypadki”).

Druga sesja TEDxWarsaw 2013 rozpoczęła się od wystąpienia chóru pod kierownictwem Zofii Borkowskiej.  Potem poproszono nas o zaśpiewanie „Panie Janie…”. Niby proste zadanie ale nie każdy zaśpiewał (ja na początku też nieśmiało dukałem). Potem całe audytorium usłyszało od Zofii „gdy jesteś w chórze i śpiewasz – pokazujesz kawałek siebie samego – niedoskonałego. I liczysz, że osoba obok Ciebie zrobi to samo”.

W sierpniu zeszłego roku poznałem kogoś, z kim świetnie mi się rozmawiało i spędzało czas. Sporo razem jeździliśmy i słuchaliśmy muzyki. Nie pamiętam w którym momencie oboje zaczęliśmy śpiewać to, co akurat leciało z ipoda. Żadne z nas nie umie śpiewać. No może ona mniej nie umie niż ja. W tym momencie nie miało to znaczenia. Fakt, że śpiewamy razem był ważniejszy od naszych umiejętności wokalnych. Dziś mogę swój nastrój poznać m.in. po tym czy śpiewam w domu lub w drodze do pracy. A ku mojemu zaskoczeniu – śpiewam coraz częściej. Raz na światłach stałem i darłem się na całe gardło z Davem Grohlem „Everlong” (http://www.youtube.com/watch?v=eBG7P-K-r1Y). Obok mnie zatrzymał się ford transit policyjny. Było to lato więc dach w aucie miałem złożony a oni mieli otwarte szyby. Gdy spostrzegłem policję zobaczyłem na ich minach uśmiech. Odwzajemniłem się tym samym i ruszyłem przed siebie… na szczęście nie wlepili mandatu ;)

Dobra – późno jest a ja odbiegam od tematu w kolejne dygresje. Granic strefy komfortu nie się przekracza. Je się poszerza. Tu nie ma co „rozbijać” – jest co rozciągać – niczym granicę z gumy. Jeden z dzisiejszych mówców na TEDx nazwał strefę komfortu „self created mental barriers”. Zgadzam się z tym. To my sami je sobie ustawiamy. Jeśli ja ustawiłem granicę to ja i tylko ja mogę ją zmienić. Nikt mi nie może kazać wyjść poza, ale z czyjąś życzliwością i wsparciem mogę ją „poszerzyć” i „przesunąć”. Kwestia doświadczeń i odpowiednich ludzi obok siebie. Ludzi, którzy też odważą się „zaśpiewać” i pokazać się ze swoimi niedoskonałościami (to jest miejsce w tej notce gdzie pada oczywista oczywistość… każdy ma jakieś niedoskonałości)

Czy można ją rozciągać w nieskończoność i we wszystkie strony ? Na pewno nie. Mając dużą świadomość siebie wiem co jest moją mocną a co słabą stroną. Nie ma sensu abym ją rozszerzał za mocno w kierunkach, które nie są moimi najmocniejszymi stronami. A skąd wiedzieć gdzie są moje (i Twoje) mocne a gdzie słabe strony… to już temat na inny wpis.

Czas spać… aaa… Zofia Borkowska powiedziała jeszcze jedną rzecz – struny głosowe to mięśnie. I tak jak wszystkie inne – możemy je ćwiczyć i wzmacniać.  Pewnie jest gdzieś w naszych umysłach/duszach mięsień odpowiedzialny za rozciąganie strefy komfortu. Dam mu się więc teraz zregenerować a od jutra – no cóż – pewnie śpiewając moje ulubione piosenki przywitam nowy dzień. Kolejny dzień poszerzania strefy komfortu. Pamiętaj – 1% to niewiele – ale 1% dzień w dzień – to ogrom.


  


piątek, 27 lutego 2015

we are our choices

Merowingian: -Widzicie, tylko jedna rzecz jest stała. Jedna uniwersalna prawda. Przyczynowość. Akcja, reakcja. Przyczyna i skutek.
-Początkiem wszystkiego jest wybór.

Wybór. Znowu mam jakieś cięższe czasy to wybrałem autoterapię poprzez pisanie.
Przytoczyłem cytat z ostatniej części „Matrixa” bo dziś będzie o wyborach i ich konsekwencjach. Akcje, reakcje i konsekwencje. Zawsze jest jakiś wybór. Moje wybory były nie zawsze słuszne. Ba – chętnie bym powiedział, że często były zupełnie błędne i ponoszę ich konsekwencje. Lecz gdy stanę przed lustrem to widzę gościa którego lubię. Gościa, któremu ufam. Gościa w którego wierzę. A on składa się zarówno z tych dobrych jak i złych wyborów. Tyle, że ze złych wyciągnął wnioski. Jestem sumą swoich wyborów. To właśnie widzę w lustrze.

Ostatnio mam do czynienia z dwoma osobami, które zastanawiają się „co ja zrobiłem/zrobiłam źle w moim życiu, że …” I wiecie co? Nie da się wskazać jednej odpowiedzi co konkretnie zrobili źle. Może byli nieodpowiednio wychowani przez rodziców. Może ktoś im przekazał złe wartości, ale nie przekazał ich w ogóle i podejmowali życiowe decyzje „na czuja”. Mam głębokie przeświadczenie o tym, że gdybym nie rzucił jednej uczelni 10lat temu na rzecz drugiej byłbym dziś zawodowo zupełnie w innym miejscu (ha – moje obecne miejsce zawodowe nie ma nic wspólnego z żadną z tych dwóch uczelni). Być może byłbym gdzie indziej, ale nie wiem czy w lepszym czy w gorszym miejscu. Wiem gdzie jestem i wiem z czego musiałem zrezygnować by  tu być. Nie wiem jakie były „alternatywne scenariusze”. Moi rozmówcy nie znajdą raczej jednej konkretnej odpowiedzi.
Znam pewną kobietę, która popełniła jeden, dosłownie jeden młodzieńczy błąd wiele lat temu. I ten błąd ciągnie się za nią całe życie i ma wpływ na większość jej decyzji i to, co przekazuje innym ludziom. Przerażające no nie ? Life is a game of inches … aby nie było tak przerażająco pozwolę sobie przypomnieć słowa św.Augustyna „Fallor Ergo Sum” – błądzę (mylę się), więc jestem. Wkurzam się, że ponoszę konsekwencje błędów, ale idę dalej. Dopóki lubię gościa z lustra – idę dalej i staram się pamiętać, że każdy mój wybór niesie za sobą konsekwencję, których nie umiem sobie nawet wyobrazić. Dlatego ufam sobie i staram się płynąć.


Kurczę… widzę, że dawno nie pisałem, bo ten tekst nie jest jakoś specjalnie fajny ani składny. Nic to – wybieram aby go jednak opublikować. Kto wie, co z tego wyjdzie…

piątek, 11 kwietnia 2014

As In the life of rain, you`re Only alive when you`re falling - czyli "Pieprzona równowaga Wszechświata"

"As In the life of rain, you`re Only alive when you`re
falling."

Tak zaczyna się jedna z piosenek mojej ulubionej kapeli (https://www.youtube.com/watch?v=IqvNyilzOKU)
Chyba uwielbiam ich nie tylko ze względów muzycznych ale przede wszystkim
lirycznych.  Wiem, że sporo na tym blogu
pisałem o padaniu i wstawaniu. To może być trochę nudne. Dziś rozmawiałem z
kolegą o „Pieprzonej równowadze Wszechświata” (PRW).  Jest jakoś tak dziwnie, że jak znajdziesz
sobie fajną kobietę to jebie Ci się w pracy. I na odwrót – w pracy awansujesz
osiągasz sukcesy ale nagle odkrywasz, że od 4 lat mieszkasz z kimś obcym. I nie
zwalajmy tego na work/life balance, który często ma wpływ na to. Abstrahując od
niego jakoś tak dziwnie się układa, że nie może być zawsze idealnie na każdej
płaszczyźnie. I paradoksalnie to chyba jest dobra rzecz. Tak, tak. PRW
przypomina nam o tym, aby zawsze być czujnym. Znam gościa, którzy przez prawie
60 lat odnosił sukcesy zawodowe. Wszystko szło gładko (dzięki sporej pomocy
jego rodziców). Aż pod koniec swojej kariery zawodowej…trafiła kosa na kamień.
I z pierwszą porażką na polu zawodowym musiał się mierzyć jako dorosły facet.

Jesteśmy genetycznie uwarunkowani aby w chwili zagrożenia
skupić się na ucieczce lub walce. Od tego jest adrenalina. Nawiązując do tytułu
tego wpisu – zastanawiałem się dziś (jadąc 180 km/h) kiedy ostatnio czułem się aż
tak żywy. Pamiętam skok na wahadle. Spadałem na czymś w rodzaju liny bungee.
Nienawidzę uczucia spadania. Ale doznałem wtedy mega zastrzyku endorfin i
adrenaliny. Chodziłem nakręcony przez kilka godzin. Inna sytuacja. Wracałem
kiedyś ze spotkania, na którym rozstałem się z naprawdę fajną dziewczyną. Myśli
miałem co najmniej mało optymistyczne i przez chwile skupiły się nie na drodze.
Zakończyło się poślizgiem. Na szczęście tylko poślizgiem a nie parkowaniem na
latarnii. I taka sytuacja uzmysłowiła mi jak wiele mam do stracenia.

Powyższe (i kilka innych zdarzeń z mojego i nie tylko mojego
życia) doprowadza mnie do konkluzji, że PWR (na które psioczę przy piwie z
przyjaciółmi) jest nam niezbędne do tego abyśmy byli czujni i uczyli się
doceniać to ile mamy. A skoro możesz przeczytać te słowa to wierz mi – masz całkiem
sporo. Co najmniej sprawny wzrok i dostęp do Internetu i komputera. Miałem może
ze dwa lata gdy PWR nie działało. Albo nie zauważałem tego. Było w miarę spoko na
kilku frontach. Ale właśnie – spoko. Brak większych trudności to też brak
radości z dobrych rzeczy. Moje ówczesne życie uważałem za takie, jakie mi się
NALEŻY. Tak powinno przecież być. Nie lubimy raczej ludzi z roszczeniową
postawą wobec świata a sami mamy takową wobec naszego życia. Ot paradoks.

Moment, w którym spadasz zmusza Cię instynktownie do tego abyś
się czegoś złapał. I to jest moment, w którym pojawia się czasem magia.
Niespodziewana pomoc od nieznajomej osoby albo jakiś zbieg okoliczności.
Rzuciła Cię panna – to dobry moment aby sobie przypomnieć o swoich pasjach.
Straciłeś robotę … ok. – otrząśniesz się i może założysz swój własny biznes
albo znajdziesz lepszą robotę. W moim życiu każda zmiana pracy lub ścieżki
kariery była mega stresem a potem wychodziła mi na dobrze i rozwijała mnie.
Chyba dziś do mnie dotarło, że PWR jest potrzebna. I chyba zaczynam ją lubić.
Może z nią jest tak jak z owocami morza… do pewnych rzeczy trzeba po prostu
dojrzeć.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Sprzężenie zwrotne


Za wikipedią: „Sprzężenie zwrotne (feedback) –
oddziaływanie sygnałów stanu końcowego (wyjściowego) procesu (systemu, układu), na
jego sygnały referencyjne (wejściowe). Polega na otrzymywaniu przez układ informacji o własnym działaniu
(o wartości wyjściowej).”

Ta definicja odnosi się chyba do fizyki. Nie pytajcie mnie – jestem humanistą. W jakimś wywiadzie
usłyszałem ostatnio o o sprzężeniu zwrotnym w relacjach międzyludzkich. I to było dla mnie olśnienie ! Sporo miałem szkoleń odnośnie rentownych relacji. Dotyczyły one głównie racji z Klientami. Obie strony mają zyskiwać. Ktoś kupuje produkt / usługę a druga strona zyskuje środki. Zacząłem odnosić to do mojego życia
osobistego. Sporo się zastanawiałem nad relacjami w których jestem i w których byłem. 
Już wiem dlaczego te relacje się skończyły. Zabrakło właśnie sprzężenia zwrotnego.

Obiecałem sobie, że nie będę
się tu wypowiadał o związkach – nie jestem w tym ekspertem. To mocno skomplikowana materia. Wiem jednak, że prawie każdy ze związków które zakończyłem charakteryzował się tym, że zabrakło tegoż sprężenia. Dwie osoby
przestały na siebie oddziaływać. Przestały sprawiać, że ich życia stawały się każdego dnia bogatsze. Znajdziesz milion poradników mówiących o tym jak znaleźć idealnego partnera. Moim zdaniem wszystkie z nich możesz sobie wsadzić głęboko w nos (albo inne ciemne miejsce) jeśli osoba, z którą dzielisz swoje dni i noce,
nie wnosi nic wartościowego w Twoje życie. To tyle co mam do powiedzenia w tej materii.

Zastanowiłem się nad swoimi najbliższymi przyjaciółmi. I wiesz co ? Każdy z nich wnosi coś w moje życie.
Nowe podejście do ludzi, nową muzykę, inne pasje i inne zainteresowania.
Niektóre stają się moimi a niektóre nie. I to właśnie jest piękne. Jesteśmy podobni ale różni. I ciągle odkrywamy coś nowego i wnosimy wzajemnie w swoje życie. Cenie ludzi, którzy wnoszą coś nowego. To jest w ludziach piękne, że czasem 2+2 da 5 a nie 4.

Praca. Jeszcze niedawno miałem prostą i lukratywną pracę. Był w tym jednak pewien mały problem. No
dobra – było ich wiele. Czegoś mi brakowało. Nie umiałem dokładnie określić czego. Dziś wiem, że chodziło o to sprzężenie. Robiłem coś ale w zamian dostawałem tylko pieniądze. Nie rozwijałem się, nie uczyłem się nowych rzeczy, nie tworzyłem czegoś nowego. Mam to szczęście, że do tej pory nie musiałem zmieniać pracy ze względów finansowych i mogę sobie pozwolić na patrzenie na wyższe poziomy piramidy potrzeb Maslowa. Gdy zmieniałem pracę to tylko dlatego, że czegoś mi brakowało. Zauważałem, że relacja stawała się jednostronna. Przestawałem
się uczyć od innych, nie rozwijałem się albo czułem się wykorzystywany …i zmieniałem to komunikując lub odchodząc (o komunikacji to powinienem i napiszę kiedyś osobną rzecz).

Kobieta (względnie facet), przyjaciele i znajomi, szefowie i współpracownicy. To są osoby, które na nas
wpływają i nas kształtują. Mam nadzieję, że ja swoim życiem, postawą i zachowaniami również na kogoś pozytywnie wpływam. To moim zdaniem jest idea wartościowych relacji. Partner biznesowy od którego możesz się uczyć i z którym się uzupełniasz. Przyjaciele, z którymi dzielisz wiele zainteresowań ale masz swoje własne obszary Kobieta, która Cię zaskakuje, wnosi w Twoje życie nowe spojrzenie, nowe pasje i pomysły. Hm… być może dziś trudno o takie osoby. Wartościowe, idące nieco pod prąd, ale ze swoimi myślami i wartościami. Być
może takie relacje są wymagające. Ale na pewno szkoda czasu na to, co Cię nie rozwija.

czwartek, 9 stycznia 2014

Life is a game of inches...

„Any given Sunday”. I ta scena…  http://www.youtube.com/watch?v=m_iKg7nutNY. 

Rozwala mnie za każdym razem. 

Niewiele znam się na sporcie a zwłaszcza na futbolu amerykańskim. Wystarczająco jednak aby kumać to, że w sporcie (tak jak i w życiu) nie zawsze wygrywa ten, który najciężej pracuje.

Czasem masz pecha a czasem masz szczęście. Dobra – nie nazywajmy tego szczęściem i pechem – różnie się po prostu układa. Czasem ktoś za mocno rzuci piłkę, albo Ty za wolno do niej podbiegniesz i stracisz szansę na gola (czy jak to się tam w ichnim futbolu nazywa). Mniejsza ze sportem. Życie to też jest „gra cali”. Czasem musisz być w dobrym miejscu i w dobrym czasie.

 Znacie historie ludzi, którzy „są dla siebie stworzeni”, ale nie mogą się złapać w odpowiednim momencie życia ? Ja znam kilka takich. Mijają się dosłownie o cal. Raz gdy on się odważy już powiedzieć co do niej czuje to ona się schodzi ze swoim ex. Albo inaczej – ona go kocha i boi się mu to powiedzieć i okazać. A on nagle dostaje stypendium w USA i wylatuje. Może gdyby wylatywał tydzień później to by nie poleciał i „żyliby długo i szczęśliwie”. Można by to nazwać życiowym faulem. Coś się po prostu czasem dzieje za szybko albo za późno.

Sam doświadczyłem ostatnio takiej sytuacji zawodowo. Gdyby jedna rzecz zadziała się nieco później – moje życie wyglądałoby wiele inaczej. To skutki. A przyczyna – prozaiczna. Wystarczyło dołożyć „jeden cal” zaangażowania więcej. W odpowiednim momencie zrobić jedną mała i prostą rzecz. No cóż. Nie zrobiłem tego. Piłka poszybowała gdzie indziej a ja ustawiam się na innej pozycji. Czas na szybką kontrę. Z drugiej strony to dobrze – znowu mogę zawodowo „walczyć o każdy cal”.

 Za bardzo ogólnikowo ? Okej – inny temat.
W 2002 roku miałem wypadek samochodowy. Z mojej winy. Było czerwone a ja ruszyłem. Gdybym wcisnął pedał gazu tylko ciut mocniej to auto przejechałoby pewnie 1 metr więcej w tym samym czasie. Rozpędzona Lancia uderzyłaby nie w przód mojego auta, ale w boczne drzwi od strony pasażera. Na tym miejscu siedziała moja mama. Life is a game of inches. 

Jeżdżąc sporo po kraju (swego czasu jakieś 40.000 km rocznie) wiele razy na drodze miałem sytuację gdy brakowało tego cala do zahaczenia o TIRa, który nagle postanowił zmienić pas. W najbardziej optymistycznym wypadku – miałbym zarysowane auto. W najmniej optymistycznym – nie byłbym w stanie Cię zanudzać tym wpisem.

Oglądałem ostatnio serial „House of Cards”. Pewien polityk – Peter Russo – dzięki kobiecie i jasnemu celowi w życiu (kandyduje na ważny urząd) wygrzebał się z alkoholizmu i narkomanii. Wystarczył jeden moment na przyjęciu – jedna podstawiona prostytutka, która go uwiodła i wrócił do nałogu. Jedna szalona noc. Krótka przyjemność a potem konsekwencje – kompromitacja w wywiadzie radiowym, zaprzepaszczenie kariery politycznej, rozstanie z kobietą, utrata szacunku w oczach dzieci i tak dalej. A to był jeden cal. Wystarczyłoby gdyby olał zaloty prostytutki a byłby może gubernatorem, ze szczęśliwą rodziną. Jeden cal – jedna chwila i jedna prozaiczna decyzja – „co jej odpowiedzieć?” Przecież jeden niewinny flirt z dziewczyną poznaną w barze nie zniszczy mi kariery politycznej. Faul.

Kto wie jak często z pozoru niewinna decyzja może zaważyć na naszym życiu. Być może na moim życiu zaważyło to, w którym przedziale w pociągu usiadłem gdy jechałem na obóz integracyjny przed pierwszym rokiem studiów. Albo to, którą ofertę systemu informatycznego wybrałem w mojej pierwszej firmie. Chwilę po bankructwie tej firmy – zacząłem pracować w firmie, która zrobiła mi ten system informatyczny. Z drugiej strony. Pewnie gdybym nie poszedł na jedną konkretną imprezę konkretnego dnia (a naprawdę nie chciało mi się wtedy ruszać z domu) to finalnie nie utopiłbym kilkunastu tysięcy złotych w bezsensownym projekcie.

Czasem patrzymy na swoje życie i widzimy wielki projekt. Rodzina, kariera, pasje. Jak to wszystko ogarnąć. Jak ułożyć ? Toż to wielokilometrowa trasa. Skoro „każda podróż zaczyna się od zrobienia pierwszego kroku” to tutaj wystarczy pamiętać dokąd się idzie i ruszyć. Wystarczy pierwszy krok.

Każdy kwiatek dla Twojej ukochanej to taki „cal” do wielokilometrowej trasy jaką jest udane życie.
Każdy wykonany telefon do Klienta to „cal” bliżej do zbudowania Twojego biznesu. Każde pójście na siłownię to „cal” (niekoniecznie cal mniej w pasie:P) do Twojej pasji.

Każda bezsensowna awantura to cal do tyłu. Każde zaniedbanie sprawy Klienta też. To działa w obie strony. Margines błędu jest mały.

Suma tych cali robi różnicę. Wiem, że to robi wrażenie psedudomotywacyjnego bullshitu. Być może. Ale wiem jedno. 
Tony D`Amato powiedział :
„We're in hell right now gentlemen. Believe me. And we can stay here, get the shit kicked out of us, or we can fight our way back into the light. We can climb outta hell... one inch at a time."

Byłem w takim „piekle”. I też miałem dwa wyjścia. Wybrałem wygrzebywanie się. Cal po calu, krok po kroku. Wiesz czego się nauczyłem ? Że tak jak cal po calu możesz się wygrzebać z bagna, tak samo musisz uważać na każdy „cal” swojego działania (zawodowo, prywatnie) aby się w nie znowu nie wciągnąć. 

Staram się mieć w głowie, że „The inches we need are everywhere around us. They're in every break of the game, every minute, every second”. 
Jestem tylko człowiekiem, więc zdarza mi się o nich zapomnieć. Powiedzieć coś głupiego ważnej dla mnie osobie, zapomnieć coś załatwić dla Klienta czy nie ruszyć swojego tyłka na siłownię. Ważne by na koniec dnia suma tych cali robiła różnicę. Inch by inch. % by % - everyday.

poniedziałek, 21 października 2013

O ostrzeniu umysłu raz jeszcze – czyli jak czytać więcej

W lutym napisałem o czytaniu (http://365razy1procent.blogspot.com/2013/02/umys-potrzebuje-ksiazek-podobnie-jak.html). Od czasu tego wpisu minęło trochę czasu a ja przerobiłem sporo interesujących lektur. Dziś kilka refleksji na temat przyswajania tekstów. Przyswajania bo coraz mniej czytam a coraz więcej słucham. Zawsze byłem i jeszcze przez długi czas będę zwolennikiem książki w jej tradycyjnej formie.

Zwłaszcza teraz, jesienią, nie ma chyba nic lepszego niż ciepły koc, kubek dobrej herbaty i porządna książka. Właśnie wróciłem do mojej ulubionych książek z dzieciństwa (no dobra – z młodości) – do sagi Franka Herberta „Diuna”. Zacząłem czytać pięknie wydaną edycję, którą dostałem w prezencie na urodziny. Problem pojawia się wtedy gdy książka wciąga na maxa (jak w tym wypadku)… i tu świetny jest audiobook. Kiedyś nie byłem do nich przekonany, bo samodzielnie czytam o wiele szybciej niż czyta lektor. Diunę mam w trzech wersjach. Tradycyjna książka, e-book w PDF-ie oraz audiobooka. Cudownie jest móc obcować z książką prawie non stop. Rano czytam książkę papierowo, wsiadam w auto i odpalam audiobooka. Do wersji na PDFie ciężko mi się przekonać. Raz gdy byłem chory przeczytałem jedną książkę na ipadzie. Do plusów czytania na ipadzie zaliczam na pewno lekkość (saga o Diunie to kilka tysięcy stron;P), ale oczy się męczą szybko od takiego czytania. Pewnie na czytnikach typu Kindle obraz mniej męczy oczy, ale nie chce mi się kupować kolejnego gadżetu, kolejnej ładowarki … Czytanie na ipadzie to ostateczność, ale tylko jeśli chodzi o długie teksty.

Jakiś czas temu odkryłem aplikację na ipada (oraz telefon) – Pocket (wcześniej nazywała się Read it Later). Instalujesz ją sobie jako aplikację na telefonie (tablecie) oraz jako wtyczkę do przeglądarki. W ciągu dnia podczas wędrówek w Internecie trafiasz na masę ciekawych arytukłów. Wystarczy kliknąć w przeglądarce przycisk „read it later” a tekst dodaje się w odchudzonej (bez reklam i czasem bez obrazków) wersji dostępny na komórce. Gdy wiem, że mam kilka minut czekania na spotkanie, albo gdy jadę autobusem to odpalam sobie tą aplikację i czytam teksty, które na mnie spokojnie czekają. Do czytania dłuższych tekstów na ekranie komputera polecam Evernote Clearly (http://evernote.com/intl/pl/clearly/) – też działa na zasadzie wtyczki do przeglądarki. Jeden klik i możesz ustawić sobie wielkość czcionki, kontrast i pozbyć się przeskadzaczy ze strony. Często z tego korzystam, gdy czytam teksty potrzebne mi w pracy.

Wracając do audiobooków. Coraz więcej sklepów oferuje je w przystępnych cenach, dzięki czemu nie trzeba szperać na Chomiku czy Torrentach. Dla mnie audiobooki są świetne do słuchania tekstów, które już kiedyś słyszałem lub „nieobciążających intelektualnie”. Mój samochód ma funkcję „timer” – dzięki niej, dowiedziałem się, że w aucie spędzam średnio 8 godzin tygodniowo (a dojeżdżam tylko do pracy, siłownii i do domu – czasem na jakieś spotkanie na mieście). To pełny dzień pracy. 600 stron „Diuny” to około 24 godzin audiobooka. Gdybym słuchał jej tylko w aucie przerobiłbym ją w 3 tygodnie. Wśród naszych rodaków spada czytelnictwo. A wystarczy jeden tydzień w aucie aby przerobić książkę standardowej objętości. W ciągu roku to ponad 50 książek.

Największa wada audiobooków czy innych elektrocznicnych książek to brak możliwości zaznaczania ulubionych fragmentów. Mam kilka takich książek, które są pełne podkreśleń, gwiazdek i wykrzykników. Pewnych książek nie wypada po prostu czytać w trakcie stania w korku czy przy szorowaniu muszli klozetowej (choć pewne akurat do tego ostatniego się nadają:P). Santorski, Jung, czy Caroll wymagają ciszy, skupienia i przygotowanego ołówka.

Jeszcze jednym minusem audiobooka jest brak „zakładek” – pauzuje odtwarzacz, przechodzę do słuchania muzyki, i gdy chcę wrócić do książki to tracę kilka chwil na znalezienie fragmentu, na którym skończyłem.

Przy okazji obecnego czytania „Diuny” zupełnie przypadkowo wpadłem na sposób czytanio-słuchania książki – trochę papierowo a trochę audio i dzięki temu w 10 dni przerobiłem już 3 z 6 tomów (około 1000 stron). Od dziś już chyba każdą interesującą pozycję będę w ten sposób „pochłaniał”.

Reasumująć - jeśli myślisz, że masz za mało czasu na czytanie... jak zwykle jest to kwestia priorytetów i zaplanowania sobie tego czasu :)

Ja dalej trzymam się tego, aby raz w tygodniu znaleźć godzinę lub dwie na spokojne czytanie papierowej książki. Do tego audiobook na siłownię lub do samochodu. A na krótkie chwile bezczynności - artykuły czy felietony z internetu do czytania na ipadzie / telefonie.