wtorek, 19 marca 2013

Czy nic Ci nie umyka ?



Pamiętam jak kiedyś jechałem autem w delegację do Wrocławia. Jechałem z moją współpracowniczką, która była nieco blada na widok mnie rozmawiającego przez telefon, ustawiającego trasę GPSie i kierującego pojazdem jednocześnie. Kiedyś żyłem w przekonaniu, że taki multitasking to cenna umiejętność. Ot takie czasy. Zapierdalamy za … no właśnie … za czym ?

Za kasą ? znam masę ludzi bardzo bogatych. No jeśli za „Bogactwo” uznamy stan ich kont bankowych lub posiadanych nieruchomości. Ba – stać ich nawet na opłacenie dwóch albo i trzech opiekunek do dzieci aby móc spokojnie siedzieć … po 12-16h w pracy… Pewnie stać ich też na megahiperduper wakacje na drugiej półkuli w hotelu z pierdyliardem gwiazdek. No i obowiązkowo na najnowsze blackberry, z którego mogą odbierać i wysyłać maile.

Ze swoim zamiłowaniem do wielozadaniowości też byłem na tej ścieżce. Wspominałem tu już kiedyś o książce „Dobre życie” Jacka Santorskiego. Tej książce po raz pierwszy przeczytałem o uważności. To jest chyba książka, która najmocniej zmieniła moje życie (dzięki mojej siostrze, która mi ją poleciła;) W 2011 pierwszy raz przeczytałem o „mindfulness”. O byciu tu i teraz całym sobą. Zamiast spędzać 6 godzin na spacerze ze swoim dzieckiem ale myślami być w pracy lepiej poświęcić 1 godzinę, ale w pełni skoncentrować się na tym gdzie i z kim jesteśmy. Nie zdarzyło Wam się nigdy być na randce, czy spędzać fajny wieczór (albo noc ;) z partnerem/partnerką a myślami być gdzie indziej ?

Brzmi łatwo…ale zrobić ciut ciężej. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie napisał, że na wszystko jest sposób. U mnie pierwszym krokiem było zredefiniowanie multitaskingu. Na ten dobry i zły. Zły to robienie raportów a przy okazji sprawdzanie fejsa, czytanie maili etc. Typowy tryb pracy większości z nas… wybitnie nieefektywny. Grzegorz (http://grefektywnie.pl/) mnie tego oduczył. Oprócz tego wprowadziłem w swoje życie metodologię GTD. Dzięki czemu przeważnie nie muszę obciążać swojego umysłu zastanawianiem się co mam jeszcze do zrobienia, czy o czymś nie zapomniałem i tak dalej. Zainteresowanych odsyłam do strony Grzegorza i do lektury w necie. Na początku 2011 zacząłem współpracę z Grzegorzem co już przełożyło się na więcej wolnego czasu na przyjemne rzeczy i bardziej wydajną pracę. A w tym roku – w połowie lutego rozpocząłem 8-tygodniowy kurs uważności (WWW.uwazni.pl) . Długo się za to zabierałem. Obecnie jestem w połowie tego kursu.

Tak łatwo powiedzieć – „bądź tu i teraz”. Zrób drogi Czytelniku drobne ćwiczenie i usiądź sobie wygodnie. Wyłącz komputer, muzykę, telefony i inne cuda techniki. Posiedź w ciszy 15 minut i nie myśl o niczym konkretnym. Skup się tylko na oddychaniu. Spoko – mi też na początku nie wyszło. Okazuje się, że nas umysł pracuje cały czas… wiecie jakie jest pierwsze „ćwiczenie” na kursie ? Rodzynek. Dostajesz do ręki rodzynkę. Co podpowiada automatyczny pilot w naszych głowach ? Rodzynka à Owoc à Jedzenie à Rodzynkę należy zjeść. Zamiast tego przez dobre 10 minut obserwowałem rodzynkę. Każdym zmysłem. Dotyk, zapach, smak czy chociażby słuch. Nigdy nie wpadłbym na to aby słuchać rodzynki. A jednak jak się ją pogniecie to wydaje dźwięk. „Uważność” dezaktywuje autopilota w naszych głowach. Ćwiczeń jest więcej. Większość z nich jest trudna i żmudna. Tak. Dobrze przeczytaliście. Trudna i żmudna. Ale umówmy się – nie dla każdego podnoszenie sztangi na siłowni jest jakieś ekscytujące. To samo miejsce, ta sama sztanga – zmienia się może ciężar. I to jest motywacja – z każdym treningiem dźwigam więcej. Tak samo jak z każdym treningiem uważności mój „mięsień uważności” jest silniejszy.

Może za wcześnie aby pisać o efektach, ale zaryzykuje. Czego się nauczyłem ? Jestem gościem który bardzo dużo czasu spędzał na analizowaniu tego co było i planowaniu tego co się może wydarzyć… To, co już było… no było i nie wróci. Więc nic z tym nie zrobię. A co się wydarzy – jak się wydarzy to zareaguje. Warto być przygotowanym, ale nie ma co spędzać nieskończonych godzin na zastanawianiu się „co będzie jeśli” … życie ucieka. W optymistycznym scenariuszu… te wszystkie czarne scenariusze w naszych głowach… nigdy się nie ziszczą. W negatywnym … możemy nawet nie dożyć ich realizacji. Kto wie czy jutro jadąc do pracy nie będę miał wypadku i czy to nie jest ostatnia notka ? tu i teraz jest sporo fajnych rzeczy – warto je w końcu dostrzec. Koniec z odkładaniem życia na potem. Jest kilka marzeń, które zawsze chciałem spełnić. Po co z tym czekać – planuje je spełnić teraz i rozkoszować się tym. W całości.

Udało mi się założyć sobie „kotwicę” (tak to chyba w NLP się nazywa) na „tu i teraz”. Gdy tylko moje myśli odbiegają gdzieś w przyszłość – przypominam sobie gdzie jestem i co robię. To co jest tu i teraz. To co odczuwam – jest pewne i odczuwalne. A nie oto chodzi aby w pełni odczuwać chwile ? Pamiętam jak kiedyś byłem na diecie przez 16 tygodni. Wymagała ona sporo przygotowań i zachodu … kupić składniki, pilnować określonych godzin jedzenia i przygotowywania dziwnych posiłków. No dobra – to ostatnie akurat jest fajne, bo nauczyłem się gotować. Pamiętam, że dietetyczka spytała się mnie:

„Gdyby miał Pan kryzys w diecie i chciał Pan zgrzeszyć – to co by Pan zjadł”.

Po chwili odpowiedziałem – „czekoladowe biszkoptowe ciasto z wisienką”.

No i miałem kiedyś taki kryzys. I poszedłem na to ciastko. Co jest najśmieszniejsze – że dokładnie pamiętam jak 6 grudnia 2010 roku jadłem w kawiarni Grycan w Arkadii to ciastko… i jadłem je dobre 20 minut delektując się każdym kęsem. Od tego czasu jadłem pewnie wiele moich ulubionych ciastek czekoladowych z wisienką. Czy któreś tak pamiętam. Nie.

Ponoć ludzie, którzy otarli się o śmierć zmieniają swoje podejście do życia. Nagle wyjaśniają sobie sprawy z przyjaciółmi, z rodziną, z partnerami i cieszą się życiem i mają świadomość jego ulotności i czerpią z każdej chwili. Nergalowi się odmieniło po wygranej z białaczką… mi się odmienia po wprowadzeni uważności. Ta wersja jest milsza – obędzie się bez chemii ;)

Do konkretów. Co się zmieniło.

Jak jestem w pracy – to jestem w pracy. Muszę sobie w tym trochę pomagać – świetnie działa blocker rozpraszających stron (FB) oraz zdjęcie w moim gabinecie z wizualizacją mojego marzenia. Odkryłem, że łatwiej mi idzie jeśli sam sobie ustawię ramy w których działam. Przykładowo ostatnio laptop służbowy zostaje w biurze. Nie zabieram go do domu. Po powrocie do domu mam swój rytuał. Zdejmuje gajer, szybki prysznic i wbijam się w dresik (ale niestety bez trzech pasków). I od tej pory jestem w trybie domowym. Nie myślę o pracy. Nawet ostatnio nie odebrałem (przez przypadek) telefonu służbowego. I wiecie co ? świat się nie zawalił – sprawa musiała poczekać do następnego dnia. I wszyscy żyją i mają się dobrze :)
Przeważnie jak jechałem do pracy to sprawdzałem maile lub sprawdzałem listę zdań. To taka zła „wielo zadaniowość”. Pomijając fakt zagrożenia drogowego, które stwarzałem omijała mnie frajda z jazdy do pracy. Tak – dobrze czytacie – droga do pracy może być fajna. Miło jest wsiąść do samochodu, odpalić ulubioną muzykę i jechać. Tak po prostu. Jacek Walkiewicz wspomina często o ludziach stojących w korku w swoich autach za 250 000 zł. Fajnie jest doświadczyć stania w korku w swoim własnym wygodnym samochodzie (mimo iż nie za 250 k) i rozkoszowaniu się muzyką. Na korki wpływu przecież nie mam – po co się stresować ? Aby mnie nie kusiło – ostatnio telefony (służbowy i prywatny) jadą w bagażniku.

W ciągu dnia medytuję – a przynajmniej próbuje – jak pisałem kilkanaście zdań temu – ćwiczenia uważności są nudne i trudne – ale skoro po 4 tygodniach widzę już efekty – to działam dalej :)

Wow…ale się rozpisałem… czas na konkluzję. Jakiś czas temu odpowiedziałem sobie na pytania
- co lubię?
- co mi sprawia przyjemność?
- z kim lubię spędzać czas?

Poprzestawiałem swoje priorytety po to aby spędzać czas z wartościowymi ludźmi którzy wnoszą coś w moje życie (przy okazji liczba moich „znajomych” na FB zmalała o 25% ^_^). Gdy jestem w pracy to koncentruje się na pracy aby zarobić pieniądze (nigdy nie ukrywałem, że są środkiem do celu – a nie celem samym w sobie) aby nadchodzące miesiące spędzić w gronie przyjaciół na urlopie oraz na kilku(nastu) koncertach i festiwalach (to ta rzecz, która sprawia mi przyjemność). Do tego planuje spełnić swoje motoryzacyjne marzenie. I na każdym z tych koncertów (na większość dojadę moim wymarzonym autem) będę „tu i teraz” chłonąc każdy dźwięk i każdą chwile.

Nie pozwól aby ominęło Cię jakieś „czekoladowe biszkoptowe ciasto z wisienka” i spraw je sobie od czas do czasu. ZASŁUGUJESZ NA TO.

Derek (Vinyard z „American History X” mówi, że dobrze zakończyć pracę cytatem, że ktoś na pewno powiedział to lepiej. Więc jak masz problem z końcówką ukradnij ją komuś i zakończ z fasonem. No to ja zakończę cytatem z jednego z moich idoli. Lester Burnham z „American Beauty”

„ I had always heard your entire life flashes in front of your eyes the second before you die. First of all, that one second isn't a second at all, it stretches on forever, like an ocean of time... For me, it was lying on my back at Boy Scout camp, watching falling stars... And yellow leaves, from the maple trees, that lined our street... Or my grandmother's hands, and the way her skin seemed like paper... And the first time I saw my cousin Tony's brand new Firebird... And Janie... And Janie... And... Carolyn. I guess I could be pretty pissed off about what happened to me... but it's hard to stay mad, when there's so much beauty in the world. Sometimes I feel like I'm seeing it all at once, and it's too much, my heart fills up like a balloon that's about to burst... And then I remember to relax, and stop trying to hold on to it, and then it flows through me like rain and I can't feel anything but gratitude for every single moment of my stupid little life... You have no idea what I'm talking about, I'm sure. But don't worry... you will someday.”

P.S. moje motoryzacyjne marzenie jest tak samo krwisto-czerwone jak ten „Firebird”

http://www.youtube.com/watch?v=VGiI-MuTWf0

niedziela, 10 lutego 2013

„Umysł potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia.”


„Umysł potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia.”
[Tyrion Lannister]

Tak – to chyba mój ulubiony bohater z „Gry o Tron” – a właściwie z „Pieśni lodu i ognia”. Karzeł, a jednak dosyć wpływowa postać. Nie każdy musi być świetny we wszystkim, prawda ? Mi też brakuje kilku cech przydatnych w dzisiejszych czasach, lecz mogę to nadrobić innymi. Zgodnie z moją autorską teorią substytutów … swoją drogą mógłbym kiedyś i o niej napisać. To kiedy indziej. Dziś o książkach. Pamiętam jak moja mama mnie katowała abym czytał „W pustyni i w puszczy”… jak ja się od tego wymigiwałem… W sumie to nie lubiłem książek … nudne – po co czytać jak jest komputer. Aż do czasu gdy zagrałem w „Dune 2”. Mama ledwo mogła mnie oderwać od komputera. Oderwała na dobre gdy średnia ocen w szkole drastycznie spadła ^_^. Niemniej powiedziała mi „wiesz synu – jest taka książka – Diuna. Gra, w którą tak zawzięcie grasz powstała na jej łamach”. No to młody Rafał odkrył gdzie jest takie magiczne miejsce jak biblioteka i pobiegł  tam w podskokach. Założyłem sobie kartę i rzekłem:

- „Diunę” poproszę…
- Czy jesteś pewny chłopcze – odparła bibliotekarka
- oczywiście – to ponoć krótkie jest – mama mówiła, że niecałe 100 stron...

Chwilę później trzymałem w rękach ponad 600-stronicowe tomiszcze… zerknąłem na tylną okładkę… w tym momencie uświadomiłem sobie, że trzymam w rękach tom pierwszy z sześciu. Niecały tydzień później zgłosiłem się po kolejny tom… a następnie kolejny i kolejny. Okazało się, że czytanie jest fajne. I to jak – wciąga niesamowicie – trzeba tylko trafić na coś odpowiedniego. W liceum z kolegami często dyskutowaliśmy o książkach, które czytaliśmy. Dwóch moich kolegów sporo pisało samodzielnie i dużo czytało. Pamiętam, że wtedy na długo przed kanonem lektur trafiliśmy na „W drodze”, „Upadek” czy choćby „Dżumę”. W naszym gronie nie było chyba zakrapianej imprezy, w trakcie której nie rozmawialibyśmy o książkach, które aktualnie czytaliśmy. Pamiętam, że pochłaniałem książki jedna za drugą. 

Potem przyszły studia – oj wtedy to się czytało… choć nie zawsze były to pasjonujące lektury… jakie studia takie lektury. Pamiętam, że czytanie 1000 stron tygodniowo nie stanowiło jakiegoś wielkiego wyzwania. A po studiach… ilość czytanych książek spadła diametralnie… tak jak i szybkość czytania.

Z danych Biblioteki Narodowej wynika, że wciąż 56% Polaków nie czyta żadnej książki w ciągu roku (włączając w to słownika, książki kucharskiej, albumu czy przewodnika). O zgrozo… na co się to przekłada? Na to, że wolniej czytamy. Tak jak chodzenie na siłownię wymaga pewnej regularności aby być coraz sprawniejszym a 2-3 miesiące przerwy powodują znaczący spadek formy, tak samo nieczytanie skutkuje tym, że czytamy wolniej. 

Żyjemy w powierzchownych czasach. W dobrym tonie jest być ubranym w markowe ciuchy czy mieć sylwetkę modela/modelki. To widać gołym okiem. Na siłowniach w styczniu widać masy ludzi realizujących swoje noworoczne postanowienia. Dziś usłyszałem o innym postanowieniu… na siłownię chodzi się teraz realizować „projekt plaża” – aby dobrze wyglądać na plaży – bez koszulki czy w bikini. 

Starożytni filozofowie mieli rację, że należy rozwijać się harmonijnie – ciało i umysł. Ostatnio na 365*1% sporo jest o treningach więc dziś o ostrzeniu umysłu. Po studiach na jakiś wakacjach wpadła mi w ręce książka Harlana Cobena (nie pamiętam już tytułu bo sporo ich przeczytałem od czasu tych wakacji). Usiadłem do niej rano … i moja ówczesna partnerka miała spore wyzwanie aby odciągnąć mnie od niej do posiłku czy innych aktywności. Nie odpuściłem, póki nie skończyłem. 

Skoro jestem w stanie znaleźć czas na siłownie, na ugotowanie posiłków aby utrzymać swoje ciało w jakiś tam normach to również i o umysł można zadbać. Właściwie w każdym pomieszczeniu w moim domu jest coś do czytania – od gazet do czytania przy porannej toalecie po książki do czytania przed snem. Raz w  tygodniu robię sobie 2 godziny poświęcone tylko i wyłączeni na ostrzenie umysłu – czytam i nic mi w tym nie przeszkadza. 2 godziny w tygodniu to ponad 104 godziny rocznie – poświęcone tylko na czytanie – mocno zawyżam średnią krajową. Do tego na ipadzie czy ipponie mam zawsze coś do czytania – na wypadek jakiejś kolejki, czy chwili gdy można się tym zając. Nie przepadam za czytaniem na ipadzie, ale jak książka wciąga to czytnik nie jest istotny. Jakiś czas temu odkryłem kolejną cudowną rzecz – audiobooki. Zamiast słuchać w drodze do pracy wiadomości czy muzyki włączam książkę. Tak sobie przypomniałem ostatnio „Dżumę” Alberta Camus. Audiobooki są dobre do słuchania książek, której już się kiedyś czytało – mogę przerwać w dowolnym momencie i wrócić do tego. Pewne książki zbyt mocno trzymają w napięciu aby ich słuchać. Zwłaszcza jadąc autem – może to grozić wypadkiem ;) średnio godzinę dziennie spędzam w aucie-  to extra godzina na czytanie / słuchanie. Wspominałem o siłowni… moje treningi przeważnie kończy 30 minutowa sesja cardio. Ktoś umieścił w orbitrekach czy na bieżniach monitory z TV… czasem na szczęście mają też podkładki na książki. O ile przy ćwiczeniach słucham energetycznej muzyki to do Cario dobra książka nie jest zła.

Szkoda, że czytanie książek nie jest takie trendy jak bycie „fit” – wystarczy spojrzeć ile jest fanpage`y o motywacji do treningów czy popularyzujących zdrowy tryb życia a jak niewiele o czytaniu.  Ja mam swoje 2 godziny w tygodniu tylko na czytanie a dodatkowo planuje się wybrać na kurs szybkiego czytania aby czytać więcej i szybciej. Jeśli nie zachęciłem Ciebie czytelniku do czytania może zrobi to nasz były premier Józef Oleksy

„Teraz ze mną na solo nie wygrasz. Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i kurwa będę jak brzytwa.”

sobota, 2 lutego 2013

Fall seven times... get up eight

Jest taka kapela jak Lifehouse. Całkiem przyjemne pop-rockowe granie. Jedną z płyt nazwali „Stanley Climbfall” – w którymś z wywiadów z nimi przeczytałem, że chodziło im o naturalny cykl Stand-Climb-Fall. Jako dziewiętnastolatek jeszcze niewiele o tym wiedziałem. Stać (wytrzymać), wspiąć się i upaść. i  tak w kółko. Niezły bezsens. Jedenaście lat później bogatszy o wiele doświadczeń i kilkadziesiąt siwych włosów na głowie widzę że coś w tym jest. Dziś zgodnie z zapowiedzią z fejsa będzie o ostatnim (a może pierwszym) etapie. O upadaniu.


To jedna z moich ulubionych scen z Batman Begins http://www.youtube.com/watch?v=kTWjtnKv4vE.

Chcę wierzyć w to, że będę potrafił być takim rodzicem, który umie przygotować dziecko na trudy życia i wyciągać z tego nauczki.

Upadek – czym może być ? Brzmi trochę patetycznie – no cóż – ja lubię patos w dobrym stylu (cała Nolanowska trylogia o Mrocznym Rycerzu taka jest) i duże słowa. Upadek – to może być utrata pracy, niewypał biznesowy, kiepski związek, zawiedzenie się na kimś lecz również nieco prozaiczne rzeczy. Ja np. dużym wysiłkiem i zaangażowaniem osiągnąłem jakiś czas temu dobrą formę i kondycję fizyczną a potem się z pewnych względów zapuściłem i wskaźnik „Body Fat %” wrócił do złych poziomów (no może nie złych, ale w górne granice normy;). Wkurzyłem się na siebie i teraz znowu muszę, wróć, chcę się zaangażować i odzyskać formę.

Każdy upadek boli – mniej lub bardziej ale boli. Wierze w „krew, pot i łzy” i warto do tego się przyzwyczajać od małego (dzieci nie planuje wychowywać w duchu „This is Sparta” ;))  

No dobra – upadamy i co dalej? Krok pierwszy – ból. Trzeba go poczuć. Nie zagłuszać, nie spychać tylko poczuć i zapamiętać. Jedno z zaleceń terapii Gestalt brzmi „Poddawaj się nieprzyjemności i bólowi dokładnie tak samo jak przyjemności. Nie ograniczaj swojej świadomości”. Prawda jest taka że jeżeli chcemy czegoś uniknąć w przyszłości musimy wiedzieć dlaczego ? Bo to boli. Nie wierzyłem kiedyś mamie w to, że trzeba myć zęby – to takie nudne przecież jest. Ale wolę nudę niż ból borowania.

Ok. uświadomiłem sobie, ze mnie zabolało. Teraz ta najtrudniejsza część – trzeba postanowić co z tym fantem zrobić. Czy w ogóle robić… bo jest przecież ciężko i niekomfortowo – tak mnie boli, że nie chcę nic robić. Bo jak coś zacznę robić to może się przecież znowu nie udać – czyż nie ? Jasne, że tak. Stand,Climb,Fall,Stand,Climb,Fall…

Kiedyś miałem kiepskie wyniki sprzedażowe i byłem mega zniechęcony do tego co i jak robiłem (albo czego nie robiłem). W trakcie cotygodniowej zjebki od szefa usłyszałem z jego ust coś bardzo mądrego i trafnie mnie wtedy określającego:

„Ty jesteś jak dziecko co się przewróciło przy zabawie i rozwaliło sobie kolano. Tylko zamiast coś naprawić czy zakleić plastrem i pozwolić się zagoić Ty dłubiesz w nim i rozdrapujesz… a  to Ci kurwa nie pomaga !”

Dobrze jest mieć kogoś obok siebie, kto da nam impuls do działania. Mnie powyższy kopniak w tyłek od szefa wytrącił z letargu i zacząłem działać - zmieniać się.

Z postanowieniami jest ten problem, że czasem ciężko w nich wytrwać. Zacząłem coś robić ale czy skończę czy wytrwam ? Tutaj pomagają emocje. Pamiętam jak się dobrze czułem gdy byłem szczuplejszy. Pisałem kiedyś o emocjach – dobrych i złych. Mógłbym mieć żal do siebie, że zmarnowałem efekty trzech miesięcy ciężkiej pracy. Tylko, że żal rozleniwia – nie mobilizuje do działania. Wkurzyłem się na siebie i to wkurzenie dodaje mi sił i motywacji. Na tyle, na ile potrafię zarządzam swoimi emocjami aby mnie wspierały w moim działaniu.

Nauczka – z każdego upadku warto ją wyciągnąć. Wiem już dlaczego drugim razem nie odpuszczę ćwiczeń – by się nie czuć tak jak niedawno – by uniknąć tego bólu i złych, demobilizujących emocji. W ciągu trzydziestu lat życia upadłem wiele razy. Z perspektywy czasu jak większość z tych upadków nazywam lekcjami – mniej lub bardziej kosztownymi ale lekcjami. „Never a failure – always a lesson” – dokładnie tak.

Nie jest sztuką przeżyć życie mając wszystko podane na tacy albo nie robiąc nic. Patrzymy często na kogoś i myślimy – ten gość to musi mieć klawe życie. Idzie do pracy na kilka godzin i ma z tego XX tysięcy złotych miesięcznie. Pięknie, łatwo i przyjemnie. To, czego nie widać to ile razy trzeba było się pomylić, coś spieprzyć i wyciągnąć wnioski aby znaleźć się w miejscu, w którym się jest. Samuel Beckett napisał kiedyś „Ever tried. Ever failed. No matter. Try again. Fail again. Fail Better”. Święta racja !

Upadki, porażki są niezbędne aby się rozwijać. Nie można tylko przestać próbować. Próbować ćwiczyć, być lepszym biznesmenem, mieć lepszy związek, być szczęśliwym etc. Dla mnie miarą człowieka jest to ile razy coś mu nie wyszło a dalej próbuje. To pokazuje hart ducha i determinacje. W naszej kulturze "sukcesu" chwalimy się swoimi osiągnięciami sukcesami. Porażka jest czymś wsydliwym. Dwóch kumpli przy piwie raczej będzie się przechwalało kto jest większym samcem alfa i kto ma większe jądra niż tym co im nie wyszło. A taki choćby Rocky Balboa ? Prawie każdy film o nim zaczyna się od jakiejś "porażki" a potem widzimy jak w pocie czoła haruje, trenuje i na końcu wygrywa. Nie ma co się wstydzić swoich upadków. W pełni słodycz sukcesu można docenić tylko gdy zna się gorycz porażki.

„Why do we fall master Bruce ? So we can learn how to pick ourselves up”…  jeszcze nie raz coś schrzanię w swoim życiu – jestem tego pewien. Zaprzyjaźniłem się nawet w pewien sposób z fazą „fall” bo po niej następuje ekscytująca „climb”. A skąd wziąć siły do tej wspinaczki – to już temat na zupełnie inny wpis…



piątek, 4 stycznia 2013

Kilka aplikacji bez których ciężko mi żyć


Sam się sobie dziwię, że dopiero teraz o tym piszę. Jestem gadżeciażem. Kiedyś pracowałem w IT więc kręcą mnie te różne zabawki i zabaweczki. Dziś kilka przemyśleń odnośnie przydatnych aplikacji.

Google Chrome – najfajniejsza moim zdaniem przeglądarka – masa pluginów i opcja synchronizacji. Logujesz się na swoje konto Google`owe i masz wszystkie swoje zakładki i hasła. Dodatkowo jest już wersja na ipada i iphone – pamięta przeglądane strony i zakładki – bomba !

Evernote – notatnik do zapisywania różnych pomysłów. Synchronizacja z wersją ipad i iphone. Mi wystarcza wersja podstawowa ale jest też Premium. Dzięki możliwości tagowania notatek i nagrywania notatek głosowych żadna myśl już nam nie ucieknie.

Remember The Milk – od kiedy stosuje GTD (lub jego uproszczone wersje) – jedna z moich najważniejszych aplikacji – wszystkie moje listy zadań. Gdy tylko wpada mi coś nowego do zrobienia – zapisuje to w RTM – i nie musze się martwić czy o wszystkim pamiętam

WhatsApp / Skype – jestem mocno „cost sensitive” dlatego jak mogę z kimś korespondować w czasie rzeczywistym bez ponoszenia extra kosztów to bardzo mi się taka opcja podoba – i nie muszę być zalogowany na fejsowym chacie, który jest strasznym pożeraczem czasu

Read it later (teraz Pocket) – plugin do Chrome i appka na iphone / ipad. Często ktoś podsyła jakiś link, ciekawy artykuł, który można spokojnie przeczytać w „wolnej chwili” – w kolejce do kasy czy w autobusie. Z tą aplikacją na moim telefonie/ipadzie zawsze mam co czytać

Shazam – jak często słyszałeś coś w radio, potem nuciłeś i pamiętałeś tylko kilka wyrazów z piosenki ? teraz wystarczy kliknąć 3 razy i po chwili wiesz jak nazywa się kawałek który słyszysz w radio czy na imprezie – mega sprawa !

moBilet/mobiparking – koniec z płaceniem w parkomatach i kupowaniem biletów ZTM u kierowcy – zasilasz konto i z niego korzystasz kiedy trzeba.

Sleep Cycle – od kiedy przeczytałem „Sztuka spania i wstawania” staram się dostosować do rytmu snu. Ta aplikacja na telefon bardzo fajnie działa i budzi w odpowiednim momencie.

The Quiet Place – raz dziennie warto sobie to odpalić w pracy … i się po prostu zrelaksować – bo do tego służy ta aplikacja

TED – nie chodzi o ten film z Misiakiem co pali zioło ale konferencje TEDex. Aplikacja na ipada. Idealnie dobiera filmy wedle różnych kryteriów (czas, temat, etc) – stosowana przeważnie do oglądania czegoś przy goleniu lub gotowaniu

Simple mind+ - aplikacja na ipada do rysowania map myśli. Nic dodać nic ująć. Fajna i darmowa

Dropbox, Box.net, Sugarsync – czyli pliki w chmurze. Każda do czego innego. Dropbox do współdzielenia plików ze znajomymi, box do backupu (50GB za free) a Sugarsync do synchronizacji między laptopem służbowym a domowym PC.

Jakdojade.pl - idealne na planowanie dojazdów w mieście.

Dzięki tym applikacjom życie może stać się łatwiejsze - Wy jakieś polecacie ?

niedziela, 30 grudnia 2012

Rok z 365*1%



Kilka rzeczy się zmieniło w moim życiu w ciągu ostatniego roku 

- Zarządzanie czasem i wdrożenie „Getting Things Done” (dzięki Grzeogrz !)
- Toastmasters i BNI – umiejętność przemawiania oraz „umiejętności przywódczo-organizacyjnych)
- Siłownia z trenerem personalnym – zupełnie inna jakość treningu
- Spontaniczność – nawet teraz piszę ze spontanicznego wyjazdu – nieracjonalnego ekonomicznie i pod kilkoma innymi względami. Dzięki moim przyjaciołom w tym roku kilkakrotnie spontanicznie wyrwałem się z Warszawy w parę fajnych miejsc z fajnymi ludźmi. Spontaniczność zaczęła objawiać się nie tylko w sprawach wyjazdowych. I dobrze się sprawdza.
- Śpiewanie – tak, zacząłem śpiewać. Oczywiście nie chodzi o umiejętności wokalne ale o to, że nie krępuje się już śpiewać w (dobrym) towarzystwie – jak jadę autem czy jestem pod prysznicem ( tu ciężej o towarzystwo)
- Pisanie – ten blog i kilka innych rzeczy, sprawia że zaprzyjaźniam się z pisaniem. Co najmniej strona dziennie to minimum
- Tatuaż. Zrobiłem sobie pierwszy, zaraz zrobię drugi i jakoś nie przeraża mnie już nieodwracalność tego procesu
- Stawianie granic. I tyle w tym temacie
- Otwarta komunikacja
- Asertywność
Oczywiście nie wszystko się udało, nie wszędzie osiągnąłem takie efekty jak zakładałem.
Mam jakieś założenia na nowy rok (joga, Buddyzm, miesiąc „oczyszczenia”). Niezależnie od tego jak wyszedł ten rok, jakie plany zrealizowałem… wystarczy mi odpowiedzieć na pytanie… czy jestem lepszym człowiekiem niż rok temu… na pewno… i o to chodzi w tym projekcie. Za rok będę mógł sobie odpowiedzieć to samo !

wtorek, 11 grudnia 2012

Jesteś tym, co jesz...


Znacie to powiedzenie powtarzane, przez dietetyków, trenerów osobistych i ludzi co starają się zrzucić kilka(naście/dziesiąt) zbędnych kilogramów – „Jesteś tym, co jesz”.


Pewien mój znajomy użył kiedyś w rozmowie określenia „intelektualny tłuszcz” (Pozdro M&M`s ;)
Tak jak tłuszcz na ciele spalamy w kuchni i na siłowni podobnie jest z tłuszczem "inteletkualnym" - jego też warto spalać - i przekuwać na mięśnie.

Jako społeczeństwo obrośliśmy różnymi przekonaniami:

- Bogaty - na pewno się nakradł, przecież pierwszy milion trzeba ukraść

- ładna dziewczyna na wysokim stanowisku – na pewno musiała dać dupy prezesowi

Znacie na pewno i inne przykłady… ja też znam … pewnie w mojej głowie nadal trochę siedzi.
Budda powiadał „Nasza świadomość jest naszym wszystkim. Jesteście tym, o czym myślicie”. 

Skoro aby mieć szczupłą i wysportowaną sylwetkę spędzamy godziny na siłowni lub na powietrzu i jemy rozsądnie to co zrobić aby spalić „tłuszcz intelektualny” ? Trzeba dobrze karmić swoje myśli i ducha.

kiedyś moim rytuałem było oglądanie wiadomości. Dokładniej „Faktów” o 19:00 oraz „Wiadomości” o 19:30. Lubiłem mieć spojrzenie na sprawę z dwóch źródeł. I tak przez godzinę słuchałem co złego dzieje się na świecie, w gospodarce i co znowu wymyślili nasi politykierzy. Godzina przed TV … z której nie wynikało nic dobrego. 

Od roku nie oglądam wiadomości. Ba – nawet na portalach internetowych nie zaglądam na sekcję poświęcone polityce. 

Jaki wpływ na moje życie ma to czy brzoza była pancerna, czy trotyl, czy wygrał Obama czy ten drugi… 
Na poziom mojego szczęścia ma wpływ ale niewielki. Tak więc telewizor służy mi tylko do oglądania filmów, które sam sobie wybieram.

W 2007 roku byłem na konferencji poświęconej komunikacji wewnętrznej w firmach.  Na prezentacji prelegent pokazywał liczby ile komunikatów (to była bardzo duża liczba - idąca w tysiące) zalewa nas codziennie z różnych źródeł. Jak się w tym wszystkim odnaleźć i ogarnąć? 

Przede wszystkim zadać sobie jedno pytanie. "W jakim stopniu mnie to rozwija ?"

Czy kolejna godzina spędzona na Pudelku sprawi, że moje życie będzie lepsze ?

Tak jak nie jemy „junk food” w McDonaldsie czy KFC tak wyrzućmy ze swojego intelektualnego „jadłospisu” to, co nas nie rozwija. Oczywiście raz na jakiś czas każdy lubi zgrzeszyć i zjeść coś tuczącego - tak samo można się odmóżdżyć gdy tego potrzeba - lecz z rozwagą i umiarem.
Moja „dieta” wygląda głównie tak":

- podręczna biblioteczka filmów na każdy nastrój – są takie filmy które zawsze napełniają optymizmem – „Amelia”, „W pogoni za szczęściem”, „Skazani na Shawshank”, „The Bucket List” czy wiele wiele innych.


- Video w Internecie – nie ma chyba dnia abym nie obejrzał jakiegoś inspirującego filmu na YT – głównie WWW.odwazsiezyc.eu czy WWW.tedxtalks.ted.com. TED ma osobną aplikację na ipada – idealne do oglądania przy goleniu się ;)

- muzyka – od kiedy pamiętam zawsze mam przy sobie jakiś sprzęt grający – walkman, discman, minidisc, mp3, ipod czy coś innego. Muzyka towarzyszy mi prawie wszędzie… jakiś czas temu odkryłem audiobooki 

– w kuchni, pod prysznicem, przy gotowaniu czy sprzątaniu – coraz częściej zastępują mi słuchanie muzyki. Nie wkurzam się już na korki – mam czas posłuchać książek :)

- inspirujące plakaty, cytaty … Ci co byli u mnie w domu znają Clinta Eastwooda na mojej lodówce i Rockyego i Bruce`a Lee z mojej sypialni (kurde – jak to brzmi ;P).

Ktoś może powiedzieć – „co z Tobą jest nie tak? Musisz się specjalnie programować tym pozytywnym bullshitem?” … yep – wolę się świadomie pozytywnie programować niż nieświadomie zaśmiecać sobie głowę badziewiem.







niedziela, 9 grudnia 2012

Gestalt


„Ja robię swoje i ty robisz swoje.
Ja nie jestem na świecie po to,
żeby spełniać twoje oczekiwania,
a ty nie masz obowiązku spełniania
moich oczekiwań.
Ty jesteś ty, a ja jestem ja.
Jeśli się spotkamy - to wspaniale.
Jeśli nie - to trudno.”
                                                  Fritz Perls